Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi ankaj28 z miasteczka Kudowa-Zdrój. Mam przejechane 12818.77 kilometrów w tym 5565.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 11.35 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

2013 r.:
button stats bikestats.pl
2014 r.:
button stats bikestats.pl
2015 r.:
button stats bikestats.pl
2016 r.:
baton rowerowy bikestats.pl

Dzienne odwiedziny bloga:

Moje rowery

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy ankaj28.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w miesiącu

Styczeń, 2015

Dystans całkowity:b.d.
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Liczba aktywności:0
Średnio na aktywność:0.00 km
Więcej statystyk
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze

PODSUMOWANIE PIERWSZEGO SEZONU ROWEROWEGO

Wtorek, 13 stycznia 2015 · dodano: 13.01.2015 | Komentarze 4

Pierwszy rok rowerowy z prawdziwego zdarzenia już właściwie za mną. Co się zdarzyło przez ten rok? Oj, duuuuuuuużo.

Przygodę z rowerem zaczęłam właściwie latem 2013 r., gdy na decathlonowym rowerze znalazłam się na Pasterskich Łąkach, między Szczelińcem a Pasterką. To był mój pierwszy terenowy raz i to tam złapałam bakcyla pt.: mtb.

Lub inaczej: sprzedał mi go Bogdan i zaraził chorobą już chyba na zawsze.

Sama nie wiedziałam, co właściwie z tego będzie, więc najpierw ok. 600 km przebujałam się na sztywnym, ważącym 16 kg pojeździe, zaliczając na nim nawet szlaki w Tatrach, po to by w dniu 09.10.2013 r. przesiąść się na fulla i założyć bloga na bikestatsie.
Tatry 2013

Założenie konta było początkowo techniczną czynnością, celowaną w kontrolę nad terminami zmiany części rowerowych, a czym jest dziś?
Pamiętnikiem? Wspomnieniami? Wspaniałą ekipą? Statystyką? Pasją? Wszystkim po trochu.


Nie było wyznaczania celów do osiągnięcia, poza jednym: schudnąć. Waga 64 kg. Udało się: jest 57 kg.

Na początku wszystko było nowe, nieznane, nie do ogarnięcia i każdy podjazd wydawał się górą niemal niemożliwą do wjechania. Na porządku dziennym było zamęczanie Bogdana pytaniami, od których ręce mu opadały: w czym się jeździ? Po co mi kask? Co to jest spd, korba, amortyzator, tarcza, piasta, klamka? To łańcuch się czyści?!!!!!!  O czym ty do mnie mówisz? Początkowe jazdy to  nawet pożyczone od Bogdana akcesoria rowerowe, począwszy od kasku, skończywszy na rękawiczkach. Do dziś się uśmiecham na wspomnienia związane z kombinacjami, jak tu się załatwić w męskich spodenkach na szelkach??? Ale powoli, powoli, skompletowałam sobie wreszcie komfortowe wyposażenie.

Najpierw był jednak LYCAN - urodził się 08.10.2013 r.: nomen omen w urodziny Bogdana.
"Nowiutki, błyszczący rower prosto ze sklepu - efektowna rama, wyregulowane zawieszenie, doskonale chodzące przerzutki...... Ale to tylko przedmiot. Trzeba kilku dłuższych wypraw, otarcia się o śmierć, zwycięstwa w wyścigu, zachłyśnięcia się pędem - żeby tchnąć w ten przedmiot duszę. Wtedy rower przestaje być skomplikowanym zestawem drogich części. Staje się osobowością, przyjacielem, częścią ciebie". Nie, nie to nie moje słowa, to cytat z książki Briana Lopesa, ale jakżeż oddający to wszystko, co mogłabym napisać o moim KTM-ie.

(fot. Lea)
Po roku jazdy mogę stwierdzić z całą stanowczością: MÓJ ROWER MA DUSZĘ!:)
Nie mogę powiedzieć, że teraz rower nie ma przede mną tajemnic, bo tak nie jest. Skręcanie i rozkręcanie roweru mnie nie bawi, nadal jestem antytechniczna i zdecydowanie bardziej wolę poprosić o pomoc, niż sama kombinować, jak coś naprawić, czy ustawić (poza wysokością siodełka). Szkolenie ze zmiany dętki owszem przeszłam, ale przez ten rok tylko JEDEN RAZ (dosłownie) złapałam gumę i oczywiście tematem zajął się Bodzio - ja wzrokowo mu pomagałam i "uczyłam się" intensywnie. Za to dogłębnie zapoznałam się z zaciskami - zwłaszcza w tylnym kole. :):):) O, tak, te części w rowerze na pewno wiem, do czego służą. To była nauka przez praktykę.

Potem była zmiana pedałów z platform na spd i oczywiście butów dostosowanych do nich. Pierwsza jazda dostarczyła mi naprawdę sporo nieznanych wcześniej wrażeń, a w efekcie przyniosła  odblokowanie głowy na zjazdach. Duży skrót myślowy mi tutaj wyszedł, bo zjazdy to był i jest proces, w których muszą się znaleźć momenty przełomowe, żeby był progres. Założenie spd to był pierwszy taki moment, choć wtedy jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Moje pierwsze spd
Pierwszym zwolnieniem blokady w głowie, który pamiętam do dziś i chyba zapamiętam na zawsze był 27.04.2014 r. i zjazd żółtym szlakiem z Małej Sowy. Na dole tak mi się trzęsły nogi, że nie mogłam na nich ustać, kask przekręcił się w drugą stronę, a adrenalina uszami mi się wylewała, ale to było TO!!! To wtedy zaczęłam podejrzewać, że sensem mojej jazdy będzie teren i zjazdy, niekoniecznie asfalt. Choć oczywiście znaleźli się tacy, którzy i ten pogląd pomogli mi zweryfikować i dzięki nim w moim blogu pojawiła się nowa kategoria pt.: asfalt nie musi być nudny :). Ale o ekipie za chwilę.
Potem sobie przez następnych kilka miesięcy jeździłam, robiąc postępy małymi kroczkami, nie przyśpieszając niczego, ale ucząc się od wszystkich dookoła wszystkiego, czego tylko mogłam się nauczyć. Najbardziej opornie przychodziło mi oczywiście przyjmowanie dobrych rad od trenera, bo w końcu co to za metody wychowawcze?
Trener w akcji
Okazuje się jednak, że teksty powtarzane do obrzydzenia w końcu wchodzą do podświadomości i w odpowiednim momencie żyją już własnym życiem, krzycząc w głowie: puść te hamulce, wystaw tyłek za siodło, zrzuć/podrzuć przerzutki,  itp., itd. Ale przejeżdżając przez kałuże, rzeczki czy błoto krzyczy mi w głowie Kuba i jego: PEDAŁUJ, PEDAŁUJ!!
Drugi kosmiczny przeskok w głowie zaliczyłam  pól roku później, zjeżdżając z Grodźca. Ten dzień i te emocje też zapamiętam na zawsze. Teraz już wiem, że technicznie ta góra nie jest jakimś specjalnym wyzwaniem, ale pokonanie lęku wysokości na 30%-wym nachyleniu przebiło wszystkie moje dotychczasowe przeżycia. To było 500 m czystej adrenaliny.
A potem wreszcie zaczęłam zjeżdżać - naprawdę zjeżdżać. Ukoronowaniem tego był wypad w Broumovskie Steny 11.11.2014 r., gdzie w końcu zjechałam prawie wszystkie kamole, w tym jeden na razie dla mnie najważniejszy:


Teraz czekam na podobne momenty przełomowe w podjazdach.

W pierwszym roku jeżdżenia wszystko było pierwsze i ważne, każde przejechane 100, 1000, 2000, aż w końcu 3.500 km. Każda kontuzja, siniaki i upadki, których też się trzeba było nauczyć.

I statystyki statystykami, ale najważniejsi w tym pierwszym roku byli ludzie, których miałam szczęście poznać. Wszystkich i każdego z osobna.

BS-owa ekipa prawie w całości na najliczniejszej w 2014 roku wycieczce w Górach Bardzkich (fot. Ryjek)
Każda z tych osób wniosła coś nowego i cennego w moje rowerowe  życie. Z tymi ludźmi nie sposób się nudzić. I choć brakuje na tej fotce jeszcze kilku wspaniałych osób, to naprawdę dzięki ekipo za przyjęcie mnie do swojego grona i WSZYSTKIE EMOCJE, związane ze spotkaniami z Wami. A szczególne podziękowania za COŚ mam dla:
- Cerbera - za wszystko
- Ani - za rady sprzętowo-odzieżowe, wsparcie w kryzysowych chwilach i przecudne zdjęcia, zwłaszcza za jedno, które jest moim ulubionym
- Zibiego - za konkretne i szczere rady i oceny, bez owijania w bawełnę, to pomaga
- Ryjka - za bycie dobrym duchem wielu naszych wypraw i poczucie humoru, które mnie rozkłada na łopatki
- Feniksa - za relacje z wypraw, które doprowadzają wszystkich do łez ze śmiechu,  za twój humor i celne riposty
- Patrycji - za pokazanie, że asfalt nie musi być nudny i pogaduchy na trasach
- Lei - za udowadnianie, że nic na siłę, ale wiele rzeczy się da i można zrobić, także za dawanie chłopakom w kość na podjazdach
- Kuby - za: "pedałuj, pedałuj", za filmiki z Leśnego Baru, za wspólną wycieczkę po Górach Stołowych (z Arturem)
- Bogdano - za bycie Cesarzem podjazdów i za poznanie Beaty
- Gregera - za towarzystwo na podjazdach, choć wszyscy wiemy, jak potrafisz cisnąć do góry na blacie i przezabawne relacje
A oto ten, który w 100 % przyczynił się do zrobienia ze mnie górala rowerowego:

Bogdan na Masaryku

Na razie wiem też, że moimi ukochanymi terenami do jazdy są Góry Stołowe i Broumovskie Steny, a jazda w pojedynkę nie daje tyle frajdy, co jazda w towarzystwie,

Po roku zbierania doświadczeń mogę wyznaczyć sobie cele na następny rok:
1. Waga: 52 kg - choć to jest chyba bardziej marzenie, niż realny cel do osiągnięcia.
2. Nowy sprzęt - uwielbiam swojego Lycanka, ale 15 kg na podjazdach za bardzo daje w kość, lepszy sprzęt to większe możliwości
3. Przebić 5.000 km i co najmniej 50% z tego mieć przejechane w terenie - ilość w pionie jeszcze nie jest dla mnie wyznacznikiem.
4. Polubić podjazdy, czyli wbić sobie do głowy, że NIE MUSZĘ, ALE CHCĘ I MOGĘ !
5. Przestać hamować na zjazdach.
6. Zrobić porządek z kolanem, żeby móc zrealizować to wszystko.

Dużo? Mało? W porównaniu z przebiegami i osiągnięciami wyżej wymienionych to szału nie ma, ale to moje cele, które wiem, że mogę osiągnąć, a wszystko, co ponad to będzie wartością dodaną. Życzę wszystkim wspaniałego 2015 roku rowerowego.