Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi ankaj28 z miasteczka Kudowa-Zdrój. Mam przejechane 12818.77 kilometrów w tym 5565.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 11.35 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

2013 r.:
button stats bikestats.pl
2014 r.:
button stats bikestats.pl
2015 r.:
button stats bikestats.pl
2016 r.:
baton rowerowy bikestats.pl

Dzienne odwiedziny bloga:

Moje rowery

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy ankaj28.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

Góry Bystrzyckie

Dystans całkowity:579.80 km (w terenie 329.50 km; 56.83%)
Czas w ruchu:43:32
Średnia prędkość:13.32 km/h
Maksymalna prędkość:54.80 km/h
Suma podjazdów:11612 m
Suma kalorii:3557 kcal
Liczba aktywności:14
Średnio na aktywność:41.41 km i 3h 06m
Więcej statystyk
  • DST 39.70km
  • Teren 27.00km
  • Czas 03:41
  • VAVG 10.78km/h
  • VMAX 50.00km/h
  • Podjazdy 1069m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Ptasia Góra i Wolarz

Wtorek, 23 sierpnia 2016 · dodano: 09.10.2016 | Komentarze 0

Pierwsze spotkanie z Pawłem, któy oprowadził nas po starym szlaku DH, który kiedyś istniał w Zieleńcu. Szczątkowe historie zostały i naprawdę było mocno. Potem podjazd do Wolarza i znów zjazd czerwonym szlakiem. Jadąc tam pierwszy raz w życiu ciężko analizować, gdzie tu są segmenty pozakładane. I to wbrew pozorom daje wolną głowę i brak spiny. A jak potem z zaskoczeniem odkrywasz, że jesteś tu gdzieś Queen? To zapamiętujesz trasę na bardzo długo. Dzięki Paweł.


  • DST 15.00km
  • Teren 13.50km
  • Czas 01:52
  • VAVG 8.04km/h
  • VMAX 40.50km/h
  • Podjazdy 538m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Polanickie ścieżki

Sobota, 4 kwietnia 2015 · dodano: 06.04.2015 | Komentarze 3

Na świąteczny wypad w Wielką Sobotę umówiliśmy się z Kubą i Emi, którzy gościli sobie w Polanicy. Blisko, więc jak tu nie skorzystać? Okazało się przy tym, iż choć to my mieszkamy bliżej Polanicy, to wcale nie znaczy, że lepiej znamy ścieżki nad nią i tym razem to Świdniczanie przejęli rolę przewodników. A trzeba przyznać, że tereny tam są naprawdę świetne do jazdy terenowej.

Patrząc na wykres Garmina, wyszły nam 3 pętle i jedyny punkt charakterystyczny, do którego bym trafiła, to Szczytnik. Reszta stanowiła dla mnie odkrywanie nowego i świetną zabawę. Na niedługim dystansie (15-17 km, zależy u którego jeźdźca) mieliśmy błotniste podjazdy i zjazdy, singielki, skały, stromizny, na które strach było z góry patrzeć, hopki do skakania i noszenie rowerów przez powalone drzewa. Pogoda też nam urozmaicała wycieczkę, bo w jednym momencie podpuszczała nas pięknym słońcem, żeby po chwili zafundować nam zadymkę śnieżną.

Pierwsza stromizna wyglądała mniej więcej tak:

I oczywiście tylko ja jej nie zjechałam - tam wyżej było zdecydowanie bardziej przerażająco, ale hardkorowa trójka poradziła sobie z nią tak szybko, że nie zdążyli sobie nawzajem zdjęć zrobić i tylko ja na fragmencie się załapałam. Trudność (dla mnie) na tym odcinku polegała na masakrycznym nachyleniu terenu i uskoku za korzeniem, którego na zdjęciu wcale nie widać, a z góry pole widzenia skończyło mi się na korzeniu, więc gleba była nieunikniona.

Po objechaniu pierwszej pętli, zrobiliśmy przystanek na Szczytniku, gdzie wznieśliśmy świąteczny toast za spotkanie i przy okazji oglądaliśmy ślady po wcześniejszych próbach samobójczych Emi i Kuby.

Pierwszy raz byłam też na punkcie widokowym (ale siara) przy zamku


A tuż obok zamku kryją się takie oto cudowne ścieżki i miejscówki:






Potem był następny zjazd, z którego zwłaszcza Kuba się ucieszył. Ja, jak  zobaczyłam ten stok, to postanowiłam pożyć jeszcze trochę i zabawić się w fotografa, więc zaliczyłam szybki bieg z rowerem w dół i oto efekty:


Po Kubie Bogdan nadciąga z daleka.....

a tu przemyka obok mnie i udaje mi się wreszcie zrobić mu zdjęcie w trakcie zjazdu, z czego się bardzo cieszę.


Następnym celem były hopki, ale pogoda w tym czasie postanowiła spłatać nam figla i trochę nas zniechęcić - nie udało jej się na szczęście.


Kuba pokazuje nam, jak powinien wyglądać prawidłowo wykonany skok:

Emi więc leci za nim: bliżej, ale też wyszło...

Moja pierwsza próba, oczywiście nieudana, bo przejechana, a nie przeskoczona, ale doświadczenie bardzo ciekawe

I Bogdan, który jako fotograf nie załapał się na animację, więc korzystam z fotki Emi:

W dalszej drodze zaliczyliśmy ciekawe miejsce i w tym momencie pomyślałam, że to chyba feniksowo-ryjkowe miejsce na ogniska, bo tak jakoś znajomo wyglądało, choć pierwszy na oczy raz je widziałam :

Zaliczyliśmy też kamieniołom

I w końcu dotarliśmy do fantastycznego odcinka zjazdu: krótkiego, ale bardzo technicznego. Ja spróbowałam dwa razy i za każdym razem docierałam do połowy, glebę zaliczając przy tym koncertową.

Ale Emi i Bogdan? Proszę bardzo:






A na koniec dotarliśmy do następnego zjazdu z cyklu: STROMY i tym razem postanowiłam się nie poddawać, tylko spróbować go zjechać. Na tym zdjęciu widać Kubę, który przemknął, jak strzała, powyżej stoi Emi (która wcześniej oczywiście poszła na pierwszy ogień) i intensywnie zachęca mnie do zjazdu - a ja to ta mała biała kropeczka na końcu zdjęcia.

W końcu ruszyłam....

..... i w połowie zjazdu utknęłam....

I w końcu znalazł się ktoś mądry, kto uświadomił mi, co jeszcze - oprócz zaciskania klamek na zjeździe - robię nie tak, jak powinnam, a właściwie w ogóle nie robię: Emi w końcu zwróciła uwagę, że ja w ogóle nie startuję, czyli kompletnie bez sensu się odbijam na pedale, zamiast posadzić tyłek na siodełku i ustawić nogę. Dość cierpliwie próbowała mi to wytłumaczyć i pokazać, ale ja to teraz muszę poprzestawiać sobie w głowie, bo najgorzej, jak ktoś od początku nabrał złych nawyków. A powinno to wyglądać tak:

Albo tak (choć to wtrącenie z innej wycieczki, ale chodzi mi o pozycję na postoju):

Bawiłam się przednie i odkryłam przy okazji do czego muszę wrócić, żeby poprawić swoją technikę startowania. Przyda się na pewno. I niektóre zdjęcia podkradłam Emi. Dzięki za ten świąteczny wypad.



  • DST 5.00km
  • Czas 00:40
  • VAVG 7.50km/h
  • VMAX 20.50km/h
  • Podjazdy 80m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pierwsze kilometry na Spalonej

Poniedziałek, 2 marca 2015 · dodano: 02.03.2015 | Komentarze 3

Teoretycznie wstawiać wpis o pięciu kilometrach to obciach, ale potraktuję to jako pretekst do zrobienia wpisu o świetnej imprezie biegowej na Spalonej. Niedzielny bieg narciarski był świetnym pomysłem na spotkanie w większym gronie - i to nie tylko biegowym. Ja potraktowałam ten wyjazd rehabilitacyjno-sprawdzająco-antydepresyjnie, bo z przykrością i nieukrywaną zazdrością obserwowałam przez ostatnie dwa tygodnie aktywność pozostałych znajomych. No, ale skoro kolano goi się w tempie piorunującym, ćwiczenia są zdecydowanie zdrowsze, niż brak ćwiczeń, a biegówki to za duże ryzyko, więc co mi pozostało? Tylko spróbować choć chwilkę pokręcić na rowerze, tym bardziej, że kilkudniowe ćwiczenia na trenażerze przyniosły nadspodziewanie dobre rezultaty w postaci braku bólu i zwiększeniu ruchomości kolana.

Na miejsce przybyła całkiem spora ekipa chętna na zgarnięcie kasy: Bogdan (zdrowy), Tomek ("schorowany"), Artur (zdrowy), Tomek (chory), Ania (zdrowa) oraz Karolina i Paweł. Próby namówienia Karoliny na start praaawie przyniosły pozytywny skutek, ale ostatecznie zdrowie wygrało i na żeńskim placu boju pozostała Ania - oraz 4 inne uczestniczki.

Zbliżyła się godzina W, więc ekipa stanęła na starcie.  Numer Ani wiele mówi o jej późniejszym wyniku: 2 = 2 miejsce w kategorii wiekowej, a 1+3 = 4 miejsce w open, no i jak tu nie wierzyć we wróżby hihihi.

Tomek się nam gdzieś zawieruszył, pewnie przyjmował już pozycję w blokach startowych. :)

Pogoda nie była najcudowniejsza na świecie, ale nikomu to nie przeszkodziło w starcie i humory utrzymywały się cały czas. Arturowi przypadła też zaszczytna funkcja otwarcia biegu i wystartowania wszystkich zawodników, co nie omieszkał "wykorzystać" jako ucieczkę przed resztą, w końcu coś z tego trzeba mieć :):):)

Reszta ruszyła więc w pogoń za króliczkiem, a właściwie żółwikiem.

Gdy oni ruszyli, ja postanowiłam wyjąć mój sprzęt z samochodu i wreszcie po trzech miesiącach jego bezczynności dać mu trochę popracować. Bardzo, bardzo delikatnie - praktycznie na młynku - przejechałam się wreszcie !!!!!!!!!!! Jak już napisałam - 5 km to żaden wyczyn, dystans, ani osiągnięcie. Ale NIC NIE BLOKOWAŁO KOLANA, NIE ZABOLAŁO I RADOCHĘ SPRAWIŁO MI NIEZIEMSKĄ. Więc jest sukces mój maleńki. A gdy o 12. pakowałam rower z powrotem do auta, ze zdziwieniem zobaczyłam Bogdana na stadionie. TAK SZYBKO? No nieee, przecież planowali dłużej jechać. "Popędziłam" więc z aparatem uwieczniać zwycięzców.

Ania od razu udzielała wywiadu i wskazówek pokoleniom, jak wygrywać klasykiem, gdy wszyscy dookoła cisną łyżwą.

A potem było jeszcze więcej niespodzianek, gdy się okazało, że nikt ze startujących nie wyszedł bez medalu, dyplomu i co niektórzy innych gadżecików. Oczywiście sponsorem imprezy musiała się okazać zwyciężczyni, zgarniając fajną pulę (oj, gul mi skoczył że nie mogłam wystartować). Gratuluję całej ekipie, zwłaszcza, że niektórzy nie spodziewali się miejsc na pudle.

W trakcie rozdawania nagród zjawiła się też mocarna trójka rowerowa, której pogoda ani troszkę nie wystraszyła i w końcu zrobił się komplet. Miejscówkę mieliśmy tak rewelacyjną, że czuliśmy się, jak na domówce. Integracja z pozostałymi zawodnikami nastąpiła również - nawet hierarchowie kościoła złączyli się we wspólnym uścisku. Niech Wojtyła i Biskup mi wybaczą. :):) Myślałam, że zobaczę na żywo nową zabawkę Ryjka, ale jeszcze nie było mi dane, za to przekonałam się na żywo, że rower Feniksa jest SREBRNY, a na zdjęciach wydawał mi się biały.

Żal było się zbierać, ale trudno. To był naprawdę świetny dzień. Dzięki wszystkim. No i gratuluję Emi pierwszej setki w tym roku. :)





  • DST 67.80km
  • Teren 30.00km
  • Czas 03:57
  • VAVG 17.16km/h
  • VMAX 54.80km/h
  • Podjazdy 1200m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

XIII Puchar Leśniczego i przeprawa z chłopakami

Niedziela, 12 października 2014 · dodano: 17.10.2014 | Komentarze 1

Na XIII Puchar Leśniczego umówiłam się - oprócz rodzinki - też z Ulą i Kingą. Dla obu dziewczyn to był pierwszy udział w maratonie rowerowym, bo inne dziedziny sportu laski mają już za sobą. Start zdecydowanie się opóźnił, bo w tym roku zgłosiło się dużo więcej chętnych, niż w poprzednich edycjach, więc organizatorzy musieli dłużej ogarniać zapisy i starty. Przed zasadniczym startem wypuścili więc najmłodszą ekipę uczestników, w której wystartował również mój 5-letni siostrzeniec z tatą, a Wiktor dzielnie mu kibicował.

Nie wiem, gdzie Mateusz podsłyszał rozmowy rowerowe, ale jego komentarz po przybyciu do mety (dystans: jakieś 500 m) mnie rozwalił: ciociu, ale były przewyższenia !!! Oczywiście nagroda musiała być, więc po wręczeniu medalu, natychmiast zajął należne mu miejsce na pudle.

Potem chłopaki z Bartkiem wynaleźli ciekawsze zajęcia typu: zjazd tyrolką, czy strzelanie z paintbola, a my rozeszliśmy się na start.


To my w trasie, ponieważ umówiłyśmy się na wspólny przejazd więc wyglądało to mniej więcej tak:

Tutaj pędzi Kinga, która wyciskała z siebie maxa - jak przystało na pierwszy start. Oczywiście z naszej trójki to ona była pierwsza. :):)

I już po wyścigu. O wynikach kobiet nie ma sensu pisać, bo po pierwsze organizatorzy uruchomili nasz czas razem ze startem mężczyzn, więc do każdego wyniku dodano 10 minut przez to - mój licznik pokazał mi czas przejazdu 33 minuty, dystans 10,96 km. Panowie mieli całe mnóstwo kategorii, natomiast pozostali to było open. Ja oczywiście o tym wiedziałam już przed wyścigiem, dlatego spinki nie miałam żadnej, bardziej cieszyłam się z tego że moje dzieciaki miały tam frajdę, że była świetna atmosfera i spotkaliśmy mnóstwo znajomych, w tym jak widać Artura.

A potem, gdy już Wiktor i Mateusz się pobawili, pojedli i posiedzieli z nami, Bartek pojechał z nimi do domu, a my, tzn.: Ula, ja, Bogdan i chłopaki z PROAL CYKLON wyruszyliśmy na rowerach ujeżdżać Góry Orlickie. Kawałek za Mostwoicami Ula jednak odłączyła się od naszej grupki i w dalszej drodze sama dzielnie starałam się dotrzymać tempa szybkiej siódemce. Ufff, wycisnęli ze mnie wszystkie możliwe zapasy siły, energii i kondycji, ale warto było, bo takiej średniej to dawno nikt ze mnie nie wycisnął. Szczegółowo opisał trasę oczywiście Bodzio, ja może ograniczę się do niektórych momentów. Nie jest to mój pierwszy wyjazd tylko w męskim towarzystwie, ale tutaj panowie mają zupełnie inny styl jazdy: chłopaki z cyklona uwielbiają ostrą, szybką i treningową jazdę, nasze chłopaki z BS-u to rekreacja, pogaduchy, radość jazdy sama w sobie. Choć oczywiście przyznaję, że Bogdan, Artur i Maciek gdzie tylko się dało nie zostawiali mnie tak bardzo na pastwę losu (a raczej podjazdów), a na zjazdach jakoś ich  podganiałam.
Oto ekipa oczekująca na mój dojazd - przynajmniej Bogdan miał okazję w trasie zrobić trochę fotek, bo gdybym trzymała ich tempo to pewnie i tych zdjęć by nie było hihihi.

Trasa sama w sobie nie była mi obca, tyle, że teraz  jechaliśmy nią niejako "pod prąd" - ciut dłuższy pitstop zrobiliśmy na Anenskim Verchu, bo tam akurat powyższa ekipa nie była.Od prawej: Piotrek - kolega którego imienia nie pamiętam, Maciek, Artur, Wojtek, Bogdan i ja a Kamil robi właśnie pamiątkowe zdjęcie.


A gdy ja się kończyłam wdrapywać na szczyt podjazdu ......

ich było tylko tyle widać...

Z Anenskiego vierchu pojechaliśmy w kierunku Wilekiej Destnej i tam z kolei ja od razu obrałam kierunek: Masarykowa Chata, a panowie jeszcze pojechali zdobywać szczyt. No a potem były zjazdy - moje ulubione. Zjazd czerwonym szlakiem to był właściwie mój cichy motywator do jazdy i nagroda za podjazdy. Co mi Orlickie zabrały, teraz musiały oddać, bez dwóch zdań. Jeszcze kilka miesięcy temu bałam się nim zjechać, ale po swoim WIELKIM ZJEŹDZIE Z GRODŹCA, czułam w sobie moc i ogromną chęć zjechania tym właśnie szlakiem. Pojechałam oczywiście, jako ostatnia, bo też nie chciałam nikogo blokować, ale trasę miałam przez to tylko dla siebie, bo też i nikt nie blokował mnie. W dwóch miejscach podparłam się, bo w jednym miejscu zablokował mnie korzeń i lej po deszczach, a w drugim sterta gałęzi, leżąca w poprzek. Okazało się też, że chłopaki z cyklona częścią tej trasy nie jechali nigdy, więc tym bardziej fajny był to zjazd. A już przejazd przez łąkę do Oleśnic był po prostu świetny. Tak to ja mogę częściej.

Podobał mi się też przejazd krajową ósemką (jak nigdy), bo wszyscy ustawili się w pociąg, ja gdzieś tam w środku i pociągnęliśmy aż do Kudowy. Bardzo mi się ta wycieczka podobała, choć była tak różna od BS-owych wyjazdów, ale każde nowe doświadczenie jest cenne. Tyle, że ja wiem, że chyba długo się z chłopakami nie umówię - zakwasy miałam przez kilka dni, a dawno mi się już one nie przytrafiały. Dzięki Panowie za trening i świetną wycieczkę w październiku.
A mapka oczywiście zapożyczona od Bogdana.














  • DST 54.20km
  • Teren 35.00km
  • Czas 03:58
  • VAVG 13.66km/h
  • VMAX 41.30km/h
  • Podjazdy 1120m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Spalona-Kudowa

Piątek, 15 sierpnia 2014 · dodano: 19.08.2014 | Komentarze 3

Dzień czwarty. Powrót.
Na śniadanie zaprosiliśmy się dość szybko, bo już po 8 rano dzwoniliśmy dzwonkiem nad ladą. Zamówienie złożył każdy inne: Artur - parówki, Bogdan - jajecznicę (trzeci raz w ciągu ostatnich 4 dni), ja - zestaw śniadaniowy.  I kto na tym wygrał? Oczywiście Bogdan, bo zjadł swoje i przymierzył się jeszcze do mojego. Ale jeśli ktoś będzie miał okazję spożywać śniadanie w schronisku na Spalonej, to polecam jednak zestaw śniadaniowy: na ogromnym talerzu wędliny, ser, pomidory, ogórki, sporo masła i wszystko posypane szczypiorkiem i cebulą. Można się tym naprawdę najeść.

Pierwszy kierunek: Polanica, ale przed startem mała partyjka - wygrana niestety przez Bogdana.

Mi na pocieszenie została królewska fotka na tronie

No dobra, panowie też mieli swoją chwilę

Pogoda tym razem naprawdę się poprawiła, a mi - stojąc w tym miejscu - przypomniało się pierwsze spotkanie i trasa z Ryjkiem i Anią.



Bogdan postanowił nas przeprowadzić do Polanicy leśnymi duktami - podobno mniej bolącymi podjazdami. Ale moje oba kolana dały mi do wiwatu przez ostatnie trzy dni, więc podjazdy wydawały mi się wyjątkowo długie.

Ale po drodze były przepiękne widoki na Kłodzko i okoliczne wioski, więc były i przystanki.


Sesja w pięknych okolicznościach przyrody była obowiązkowa.

A potem zjazd do Polanicy po takiej kosmicznej tarce, że ręce naprawdę same odpadały, tak trzepało na kamieniach.

W Polanicy spotykamy Januszka - pozdrawiam w tym miejscu - oraz otwarty sklep (bo przecież 15.08 to święto i powinno być zamknięte), więc uzupełniamy zapasy, bo do domu jeszcze kawałek jest.

Przy deptaku żegnamy się z Arturem i ruszamy dalej, kierując się na Batorówek. Pierwszy raz jechałam z Polanicy na Batorówek, więc wszystko było dla mnie ciekawe, choć większość czasu skupiałam się już tylko na ogarnięciu takiego tempa, żeby nie bolały nogi.

Widać było, że nadleśnictwo Szczytna sobie radzi i tworzy autostrady, jak na Jagodną i nie przeszkadza im święto w pracach

Na Batorówku robimy przerwę na odpoczynek i ruszamy do Karłowa. Nie wiedziałam nawet, że można skrótem dotrzeć do asfaltu, myślałam że prowadzi on do góry, jak trasa biegowa, a tu proszę okazało się, że prosto za Karłów.

Na Imce jednak chęć zjechania czerwonym szlakiem do domu zwyciężyła ze zmęczeniem  i  nie było innej opcji, niż dotrzeć tam niebieskim szlakiem do Lelkowej. Czysta przyjemność, choć przedzieranie się przez turystów wymagało trochę umiejętności ekwilibrystycznych. Piechurzy znaleźli się nawet w takich miejscach, w których ich do tej pory raczej nie spotykałam. Ale chwała im za to, że wypuszczają się dalej, niż Błędne Skały czy Szczeliniec.
Bodzio oczywiście na koniec ustrzelił po drodze lotniarza.


Całe szczęście, że mam jeszcze jeden licznik przy rowerze, bo na komórkę jednak nie mogę w 100% liczyć. Oczywiście na Imce musiała sobie odpocząć i się wyłączyła, no bo jakby  inaczej mogło być?



  • DST 57.40km
  • Teren 40.00km
  • Czas 04:31
  • VAVG 12.71km/h
  • VMAX 41.10km/h
  • Podjazdy 1050m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Śnieżnik-Spalona

Czwartek, 14 sierpnia 2014 · dodano: 18.08.2014 | Komentarze 2

Trzeciego dnia plan był prosty: przenieść się do kolejnego schroniska - tym razem na Spalonej. Tam przynajmniej dobrze zjemy. Pakujemy więc manatki - tym rzem plecak ma ok. 7 kg, więc może dam radę dłużej z nim wytrzymać? Się okaże. Rowerom też było potrzebne śniadanie, więc otrzymały chociaż trochę czyszczenia łańcucha (przez noc pożywkę na nich urządziła sobie rdza) i solidną porcję smaru. Trochę podładowania telefonów u pana w okienku na jadalni, śniadanie (hmmm) i w drogę.


Pogoda była doskonała, a widoczność jeszcze lepsza...

.... więc nic dziwnego, że trochę za bardzo się rozpędziłam i na skrzyżowaniu szlaków pojechałam prosto, zamiast skręcić w lewo - na Żmijowiec. Ale we mgle przynajmniej porykiwania przewodników niosą się daleko - można odpowiednio wcześnie się cofnąć i nie próbować od razu podjazdów.

W końcu zrobiło się jaśniej, co wcale nie znaczy, że lepiej, bo gps w telefonie jeszcze się nie odnalazł i poszukiwania drogi odbyły się metodą tradycyjną, czyli "podjadę i zobaczę, czy to tam". To tam okazało się zielonym szlakiem rowerowym, prowadzącym dookoła Czarnej Góry.

Ta ścieżka nas nie rozpieszczała, postanowiła być błotnista, mokra i kałużowata - na dość znacznej odległości. Ale generalnie było płasko, więc dzielnie zniosłam humory tej drogi.

Do czasu, gdy Bodzio wpadł na pomysł, któremu ja przyklepnęłam, żeby pojechać do wieży nadawczej. Było spoko i nagle ..... bum, zaskoczyła mnie końcówka podjazdu - wziął i zrobił się stromy, nie wiadomo po co? :)

Pod wieżą okazało się ,że garmin dalej nie chce z Bogdanem nawiązać współpracy, w związku z czym musiałam w tym miejscu poprosić o pomoc Mundka, żeby było cokolwiek, no i cokolwiek się zarejestrowało, korekta dystansu o 8 km nastąpiło i dobrze jest.

Skierowaliśmy w końcu nasze rowery na szlak wiodący z powrotem do Iglicznej i w końcu zrobiło się  hardcorowo, Teoretycznie kolor trasy miał być zielony, ale przyplątał się jeszcze i żółty i niebieski i nabił nam kilometrów kilka. Te trasy do pewnego momentu też postanowiły nam trochę życie utrudnić i pokazać co to prawdziwy rajd terenowy.

Łącznie z żywym torem przeszkód

A od tej kapliczki zaczął się naprawdę kolorowy zawrót głowy i jazda na całego - aż do samej Iglicznej.

Po błotnistych podjazdach  wtoczyłam się w końcu na szczyt, zobaczyłam stromy, kamienisty, ale dość ciekawy zjazd, no to ruszyłam.....

i tu czekało na mnie drugie bum.... pierwsze to brak ostrzeżenia o konieczności posiadania paralotni ze sobą, a drugie to że Bodzio zaczął mi opowiadać ścieżkę, którą zjedzie. No masakra jakaś. Łykałam wszystko, jak młody pelikan i prawie płakałam, żeby dał sobie na wstrzymanie, bo ja za młoda na wdowę jestem.


Ostatecznie Bodzio postanowił jeszcze trochę pożyć i  zniósł swojego nerwusa na dół. Tak mi ulżyło, ze rower zrobił się bardzo lekki przy niesieniu. Mogłam przestać wybierać już trumnę dla wariata mego. To było po prostu niezjeżdżalne.

Dalej mimo dalszych luźnych kamieni już było naprawdę lajtowo, w porównaniu z powyższym hardcorem. Na Iglicznej Bodzio wykonał do Artura telefon organizacyjno-pytający: szykuj się do drogi - niedługo będziemy w Bystrzycy i czy czerwony szlak do Marianówki jest przejezdny? Jest. To siup. Dopiero na dole przy wyjeździe z lasu zorientowałam się o jakim szlaku mówili. Na wycieczce z Feniksem i Patrycją ten pierwszy mnie wkręcał, że tamtędy do góry musimy cisnąć, co ja oczywiście przyjęłam za prawdę i prawie tam skręcałam.  Ale w ostatniej chwili Feniks się zlitował nad moją naiwnością i skierował mnie łaskawie na asfalt. No to teraz go przejechałam - żywa. Po drodze nie wyrobiłam zakrętu i centralnie wjechałam w drzewo, potem napadł na mnie ogroomny psiór rasy York i ręce prawie oderwałam od tułowia, żeby pupa została za siodełkiem, ale było warto. Dobrze, że to było w dół, a nie w górę.

Od Marianówki Bodzio postanowił wyprowadzić mnie w pole - i to dosłownie: ma być teren, będzie teren. Proszę:


A potem już Bystrzyca i pyszne ciacho i kawa u Artura, który się szybko ogarnął i ruszyliśmy w kierunku Spalonej. Chłopaki pomknęłi jednak tak szybko, że aż mnie wkurzyli, bo nie nadążałam. W Spalonej ruszyłam nawet do boju, ale .....

zaproponowali tron dla królewny, więc egzekucję odłożyłam na dzień następny.

No, ale nie ma tak dobrze, Artur po 12 km z Bystrzycy to się dopiero rozgrzał, Bodziowi też było mało, więc postanowili zatargać mnie jeszcze na Jagodną, a żeby nie było masakry, pozwolili zostawić plecaki w pokoju.
ZDOBYŁAM  JĄ!!!


Oni też:


Jedzenie w schronisku było oczywiście rewelacyjne i nawet przebolałam, że nie o tej porze, co trzeba poszłam pod prysznic, w związku z czym trafił mi się arktyczny wręcz chłód wody.  Chłopaki wygrali, bo po prostu poszli spytać, kiedy będzie ciepła woda. Od 18-tej do rana. Buuu.



  • DST 32.00km
  • Teren 20.00km
  • Czas 02:05
  • VAVG 15.36km/h
  • VMAX 46.50km/h
  • Podjazdy 590m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

VII Maraton im. Artura Filipiaka - Zieleniec 2014 mini

Niedziela, 3 sierpnia 2014 · dodano: 05.08.2014 | Komentarze 3

W końcu dzień maratonu nastąpił. Nie było innej opcji, niż start, bo ciekawość trasy - a właściwie jej konkretnego odcinka - zwyciężyła. Okazało się, że i Bodzio nie musiał się organizacyjnie udzielać, więc też mógł się trochę pościgać. A jaka była miła niespodzianka przy okazji, gdy się okazało, że jeszcze mamy dodatkowych kibiców w osobach Bogdano i Beatki ? Naprawdę niespodzianka. Dzięki Bogdano (fot.1-4), Tomkowi (fot.5-6) i Bodziowi (fot. 7-9) mam normalnie profesjonalną sesję zdjęciową przed, w trakcie i na mecie maratonu. Ale się obstawiłam, co? Żart oczywiście, ale wszystkim tym osobom serdecznie dziękuję za  prezent. Będzie dla potomnych. :)
Rozjazd na parkingu
No, ale do rzeczy, trasa została w ostatnim momencie zmieniona i najbardziej hardcorowe odcinki znikły. Przejazd przez łąkę za kościółkiem Św. Anny został zamieniony na asfaltowy zjazd do mostku i tam dopiero pod wyciągiem w dół. Pominęli organizatorzy również błotnisty kawałek, bo tam po nawałnicy pękła jakaś rura, wystawały kable i nie wiadaomo, co tam jeszcze, a na pewno płynęła tamtędy rzeka błota. Tym akurat odcinkiem bardzo się nie zmartwiłam, bo mój LYCAN i tak już wołał o pomoc i porządny przegląd stukaniem, pukaniem i zacinaniem się więc nie musiałam go aż tak dobijać. Po maratonie i jeszcze jednej przejażdżce został jednak odstawiony do "gabinetu" Krzyśka. Ale najistotniejsze było to, że zmieniony został też odcinek, w który dwa razy wcześniej usiłowałam trafić i mi się nie udało. Prawdę mówiąc tu się trochę rozczarowałam, bo to była moja motywacja do startu.

Startowało 232 osoby, w tym 39 kobiet - szału żeńskiego raczej nie było. W mojej kategorii wiekowej postanowiło się pomęczyć aż 6 kobitek, a ponieważ o dystansie decydowało się na trasie, więc przyjęłam założenie, że raczej wszystkie będą cisnęły na mini (32 km). Konkurencja spora, więc nie ma się co spinać, bo typem zająca nie jestem. Ale żeby nie było - całkiem bez celu też nie jechałam - ambitnie określiłam swoje możliwości i postanowiłam zmieścić się w 2 - 2,5 godziny. Rozstrzał czasowy konkretny (hihi), żeby nie mieć do siebie potem pretensji.
Na starcie
Ruszyliśmy.
I poszli
I oczywiście - co już chyba stanie się nową świecką tradycją - sporo osób zaczyna mnie mijać, bo najpierw jest zjazd. Wyścig to wyścig, a nie przedszkole, więc pocisnęłam i ja. Po 2 km zaczął się podjazd i teren, ale ja dalej ambitnie cisnęłam, wiedząc, że jak nie tu to gdzie? I co? I kicha kompletna, bo pod koniec górki mało z rumaka nie spadłam i zastanowiłam się poważnie - a po jakiego grzyba mi to wszystko, czy ja tu jadę za karę, żeby się tak męczyć? Zamiast leżeć z nogami do góry i przeczekiwać trudne dni, to ja durna pcham się jeszcze na rower? Pogięło mnie kompletnie. A to był dopiero 5 kilometr. !!!!!!! Całe szczęście, że się w końcu wypłaszczyło i odzyskałam oddech w płucach i parę w nogach, a jak zaczął się zjazd, to i całe zło tego świata zniknęło i przemknęło mi wreszcie pierwsze małe hura-jadę!  Na zjeździe czeka jeszcze lepszy widok - Bogdano i Beatka ustawili się dość wysoko i czekali dzielnie, żeby nam trzasnąć fotkę.
Zjazd szutrem
Wreszcie zaczęłam też kogoś wyprzedzać, a w dalszej części trasy nawet się zatrzymałam, żeby pomóc dziewczynie, która nie mogła sobie poradzić z założeniem łańcucha. A tylu facetów przejechało obok niej i ambicja wzięła w nich górę - fe. Kolejny paparazzi ustawił się na 20 km, razem z obozem pracy KKZK. Dojeżdżając do nich czułam się, jakbym już na metę wjeżdżała, takie owacje mi chłopaki zgotowali: Wojtas kierował ruchem i dawał instrukcje techniczne (zmień przerzutki - pod górę masz!!!)  Sławek i Krzysiek mnie nakarmili i napoili (kubek w rękę, i batoniki w kieszeń), a Tomasz machnął serię zdjęć. Żyć, nie umierać.



W poniższym miejscu do akcji wkroczył już Bodzio, który zdecydował się tym razem na mini, a także kolejni kibice, których na zdjęciu widać za tym panem w żółtym - rodzinka stawiła się w odpowiednim czasie w Zieleńcu, akurat, gdy Bodzio wjeżdżał na metę. Trochę później dotarłam i ja. 

Dojazd na metę
I wreszcie upragniona meta - czas przejazdu: 2:05:36, co nawet się udało uwiecznić.
Meta - hura
Jakież było moje zdziwienie, gdy po jakimś czasie okazało się, że ten czas pozwolił mi na stanięcie na pudle i to na drugim miejscu. Szkoda tylko, że superancka koszulka z maratonu była rozmiaru XXL, bo co prawda jestem spora, ale nie aż taaak. Bodzio był 8 w M3 i mam nadzieję, że opisze swoje wrażenia.
Pudło moje

Na tym wyścigu zachwyciłam się "Jednoosobwym Emerytowanym Klubem Kolarskim "no, bujaj się Baśka"". Kobieta ma 58 lat i była po prostu nieziemska. Na wszystkich zjazdach ją doganiałam, bo po szutrze rower sprowadzała, a po asfalcie ledwo,ledwo jechała i miała cały czas klamkościsk. Ale za to na podjazdach dostawała takiego powera, jakby jej kto dynamit wsadził i odpalił. Porównać ją mogę spokojnie do Bogdano, a jak mnie wyprzedzała na ostatniej górce, to nie dość, że się cały czas uśmiechała, to jeszcze miałam wrażenie, że śpiewała sobie pod nosem. Niesamowita, naprawdę niesamowita.




VI


  • DST 6.50km
  • Teren 6.00km
  • Czas 00:39
  • VAVG 10.00km/h
  • VMAX 38.30km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze

Jamrozowaa Polana

Piątek, 1 sierpnia 2014 · dodano: 02.08.2014 | Komentarze 0

Dobre miejsce na trening interwałowy. W towarzystwie jeszcze lepszy. Z Ulą krótko, ale treściwie.




  • DST 34.20km
  • Teren 15.00km
  • Czas 02:21
  • VAVG 14.55km/h
  • VMAX 44.40km/h
  • Temperatura 23.5°C
  • Podjazdy 840m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Objazd Filipiaka

Środa, 16 lipca 2014 · dodano: 23.07.2014 | Komentarze 0

Trasa maratonu - podejście numer dwa. Tym razem z Bogdanem i Arturem, czyli szansa na objazd całości. A jednak tym razem też nie trafiliśmy w ten najgorszy fragment, na którym się wcześniej zgubiłam z Ulą i Wiktorem. Jeśli pojadę ostatecznie na ten maraton to chyba po to, żeby zobaczyć gdzie w końcu trzeba było skręcić !!!! Bardzo mnie to intryguje. Tym razem w 95% przejechana trasa - nawet najbardziej błotnisty odcinek, który jest po prostu masakryczny: smar z łańcucha zmywa od razu, maseczki błotne na całym ciele gwarantowane i do tego nie będzie czasu na kąpiele po drodze, więc jak dla mnie to będzie zdecydowanie ciekawiej, niż w Bielawie na Sowiogórskim.
A oto kilka fotek:
Artur - jeszcze czyściutki

Ja - też jeszcze bez maseczek błotnych

i Bogdan - też czysty.

Zjazd szutrowy

No i się zaczęło:


A po przejechaniu tego odcinka wygląda się tak:

A rowery tak:

Końcówka trasy - bardzo urokliwa,




  • DST 35.10km
  • Teren 20.00km
  • Czas 02:45
  • VAVG 12.76km/h
  • VMAX 35.07km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 840m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze

Luźna wariacja na temat maratonu Filipiaka

Sobota, 12 lipca 2014 · dodano: 23.07.2014 | Komentarze 0

Doszłam do wniosku, że jeśli mam się wybrać na maraton do Zieleńca, to fajnie by było poznać trasę. Odległość od domu nieduża, trasa w moim zasięgu, Orlickie i Bystrzyckie już mam minimalnie ogarnięte, więc dlaczego nie? Umówiłam się więc z Ulą, a że nie miałyśmy zamiaru pędzić na złamanie karku, więc zatargałam do Zieleńca jeszcze Wiktora. Tym razem cyklobus przyjechał.
Wcześniej oczywiście druknęłam mapkę, a jakże - przecież niezbędna do ogarnięcia terenu.

Pierwszy podjazd - jeszcze trasę ogarniamy.

Roboty trwają, ale trasa tędy biegnie, więc jedziemy i my.

Przemienia się potem w sympatyczną zieloną dróżkę ...

Przy którymś wyciągu była pierwsza wariacja, gdy nie w tą ścieżkę skręciliśmy, ale ponieważ wyjechaliśmy ostatecznie do zjazdu, więc spoko. Zjazd w dół i w lewo na kościółek, po trawie na skuśkę w dół.... i w błoto przy mostku.


Mapa była cały czas na podorędziu, powiedzmy, że w 90% się przydała. :)

Pierwsze błotne kąpiele zaliczone.

Za mostkiem nastąpiła kolejna wariacja, gdzie zamiast skręcić w lewo pojechaliśmy w prawo, ale za to zjechałam sobie z taaakiej górki, że wow, nie była długa tylko bardzo stroma i bardzo się ucieszyłam, że nie spękałam przed nią. Tamtędy idzie jakaś trasa narciarska.

Wiktor też spróbował, ale rower go przykrył i za karę został zniesiony z górki.


Ostatecznie wyjechalismy tam, gdzie powinniśmy, ale znowu - całkiem świadomie tym razem - zmieniliśmy trasę, bo to miał być błotnisty odcinek, a jak błotnisty to okazało się kilka dni później. Grzecznie i szybko asfalcikiem zjechaliśmy do następnego odcinka trasy, po drodze zaliczając mały popas.


Przez następnych kilka kilometrów trasa biegnie szutrową drogą, można potraktować ją jako nadrabianie czasu straconego na noszeniu rowerów po błocie. Jedzie się fajnie i szybko - trudności nie ma tu żadnej, ale to akurat nam się podobało.

Ale nasze szczęście szybko minęło i zaczęły się intensywne poszukiwania dalszej części trasy maratonu. Trafiliśmy ostatecznie tutaj:

I się zaczęła największa wariacja na temat maratonu. Tyle, że naprawdę nie było gdzie skręcić, więc albo zjazd był bardzo niewidoczny, albo ktoś rysował trasę tylko palcem po mapie, nie będąc w terenie. Okaże się na maratonie.
Bo tak wyglądała dalsza droga:





Na pewno w tym miejscu coś pomyliliśmy i mieliśmy takie chaszczowanie, że trekingowcy by się nie powstydzili, ale my jesteśmy twardzi, więc ostatecznie wepchnęliśmy rowery pionowo na szczyt, gdzie okazało się, że właściwie jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być.

Biedny Wiktor, nawet sobie sprawy nie zdawał, jak trudną trasę pokonał, pełen szacun dla 11-latka - będą z niego ludzie. :) Jednak przy wyjeździe na asfalt odmówił już współpracy i zażądał taksówki do domu, czyli przyjazdu taty. Ale było super.