Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi ankaj28 z miasteczka Kudowa-Zdrój. Mam przejechane 12818.77 kilometrów w tym 5565.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 11.35 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

2013 r.:
button stats bikestats.pl
2014 r.:
button stats bikestats.pl
2015 r.:
button stats bikestats.pl
2016 r.:
baton rowerowy bikestats.pl

Dzienne odwiedziny bloga:

Moje rowery

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy ankaj28.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w miesiącu

Sierpień, 2014

Dystans całkowity:581.40 km (w terenie 301.00 km; 51.77%)
Czas w ruchu:43:39
Średnia prędkość:13.32 km/h
Maksymalna prędkość:52.60 km/h
Suma podjazdów:10650 m
Liczba aktywności:14
Średnio na aktywność:41.53 km i 3h 07m
Więcej statystyk
  • DST 40.50km
  • Teren 25.00km
  • Czas 03:50
  • VAVG 10.57km/h
  • VMAX 41.60km/h
  • Podjazdy 1000m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Broumovsko Amerika

Niedziela, 31 sierpnia 2014 · dodano: 14.09.2014 | Komentarze 0

Statystyka

  • DST 43.00km
  • Teren 40.00km
  • Czas 03:53
  • VAVG 11.07km/h
  • VMAX 29.20km/h
  • Podjazdy 1130m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Rychleby, czyli chcieć to prawie wszystko móc :)

Czwartek, 28 sierpnia 2014 · dodano: 14.09.2014 | Komentarze 0

Statystyka
Kategoria Rychleby


  • DST 42.80km
  • Teren 20.00km
  • Czas 03:00
  • VAVG 14.27km/h
  • VMAX 37.80km/h
  • Temperatura 19.0°C
  • Podjazdy 900m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Taszów-Iraszkowa-Kudowa

Środa, 27 sierpnia 2014 · dodano: 14.09.2014 | Komentarze 0

Statystyka






  • DST 56.68km
  • Teren 15.00km
  • Czas 03:23
  • VAVG 16.75km/h
  • VMAX 46.10km/h
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Niedzica-Krościenko-Czorsztyn-Szczawnica-Leśnica-Sromowce

Piątek, 22 sierpnia 2014 · dodano: 14.09.2014 | Komentarze 0

Statystyka.
Kategoria Pieniny


  • DST 36.92km
  • Teren 15.00km
  • Czas 02:24
  • VAVG 15.38km/h
  • VMAX 43.20km/h
  • Podjazdy 300m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Sromowce + Szczawnica

Czwartek, 21 sierpnia 2014 · dodano: 14.09.2014 | Komentarze 0

Tego opisu nie dodam już nigdy, ale statystyki chciałabym mieć.
Kategoria Pieniny


  • DST 38.20km
  • Teren 7.00km
  • Czas 02:55
  • VAVG 13.10km/h
  • VMAX 43.20km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 500m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góry Stołowe-Baszty Radkowskie

Poniedziałek, 18 sierpnia 2014 · dodano: 18.08.2014 | Komentarze 2

Błąkając się bez konkretnego planu i celu wylądowałam na Basztach Radkowskich, ale wiatr prawie mnie stamtąd zdmuchnął, więc uciekałam z nich szybko. Przejechałam przez Czermną do Drogi Aleksandra, stamtąd do Rozdroża pod Lelkową, zjazd niebieskim do IMKI (tłumy ludzi nadal utrudniają zjazdy), potem Karłów i właśnie Baszty Radkowskie. Z powrotem skręciłam na asfaltową drogę do Pasterki i niebieskim szlakiem pod Szczelińcem dojechałam  znów do Karłowa. Na Lisiej Przełęczy stwierdziłam, że jednak kolano jeszcze mi dokucza, więc już mi się odechciało dalszej jazdy w terenie i grzecznie asfaltem zjechałam do domu.

Widoki z Baszt dzisiaj są takie:


Baszty Radkowskie

Widok na Broumowskie Steny

Wiatr na Basztach







  • DST 54.20km
  • Teren 35.00km
  • Czas 03:58
  • VAVG 13.66km/h
  • VMAX 41.30km/h
  • Podjazdy 1120m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Spalona-Kudowa

Piątek, 15 sierpnia 2014 · dodano: 19.08.2014 | Komentarze 3

Dzień czwarty. Powrót.
Na śniadanie zaprosiliśmy się dość szybko, bo już po 8 rano dzwoniliśmy dzwonkiem nad ladą. Zamówienie złożył każdy inne: Artur - parówki, Bogdan - jajecznicę (trzeci raz w ciągu ostatnich 4 dni), ja - zestaw śniadaniowy.  I kto na tym wygrał? Oczywiście Bogdan, bo zjadł swoje i przymierzył się jeszcze do mojego. Ale jeśli ktoś będzie miał okazję spożywać śniadanie w schronisku na Spalonej, to polecam jednak zestaw śniadaniowy: na ogromnym talerzu wędliny, ser, pomidory, ogórki, sporo masła i wszystko posypane szczypiorkiem i cebulą. Można się tym naprawdę najeść.

Pierwszy kierunek: Polanica, ale przed startem mała partyjka - wygrana niestety przez Bogdana.

Mi na pocieszenie została królewska fotka na tronie

No dobra, panowie też mieli swoją chwilę

Pogoda tym razem naprawdę się poprawiła, a mi - stojąc w tym miejscu - przypomniało się pierwsze spotkanie i trasa z Ryjkiem i Anią.



Bogdan postanowił nas przeprowadzić do Polanicy leśnymi duktami - podobno mniej bolącymi podjazdami. Ale moje oba kolana dały mi do wiwatu przez ostatnie trzy dni, więc podjazdy wydawały mi się wyjątkowo długie.

Ale po drodze były przepiękne widoki na Kłodzko i okoliczne wioski, więc były i przystanki.


Sesja w pięknych okolicznościach przyrody była obowiązkowa.

A potem zjazd do Polanicy po takiej kosmicznej tarce, że ręce naprawdę same odpadały, tak trzepało na kamieniach.

W Polanicy spotykamy Januszka - pozdrawiam w tym miejscu - oraz otwarty sklep (bo przecież 15.08 to święto i powinno być zamknięte), więc uzupełniamy zapasy, bo do domu jeszcze kawałek jest.

Przy deptaku żegnamy się z Arturem i ruszamy dalej, kierując się na Batorówek. Pierwszy raz jechałam z Polanicy na Batorówek, więc wszystko było dla mnie ciekawe, choć większość czasu skupiałam się już tylko na ogarnięciu takiego tempa, żeby nie bolały nogi.

Widać było, że nadleśnictwo Szczytna sobie radzi i tworzy autostrady, jak na Jagodną i nie przeszkadza im święto w pracach

Na Batorówku robimy przerwę na odpoczynek i ruszamy do Karłowa. Nie wiedziałam nawet, że można skrótem dotrzeć do asfaltu, myślałam że prowadzi on do góry, jak trasa biegowa, a tu proszę okazało się, że prosto za Karłów.

Na Imce jednak chęć zjechania czerwonym szlakiem do domu zwyciężyła ze zmęczeniem  i  nie było innej opcji, niż dotrzeć tam niebieskim szlakiem do Lelkowej. Czysta przyjemność, choć przedzieranie się przez turystów wymagało trochę umiejętności ekwilibrystycznych. Piechurzy znaleźli się nawet w takich miejscach, w których ich do tej pory raczej nie spotykałam. Ale chwała im za to, że wypuszczają się dalej, niż Błędne Skały czy Szczeliniec.
Bodzio oczywiście na koniec ustrzelił po drodze lotniarza.


Całe szczęście, że mam jeszcze jeden licznik przy rowerze, bo na komórkę jednak nie mogę w 100% liczyć. Oczywiście na Imce musiała sobie odpocząć i się wyłączyła, no bo jakby  inaczej mogło być?



  • DST 57.40km
  • Teren 40.00km
  • Czas 04:31
  • VAVG 12.71km/h
  • VMAX 41.10km/h
  • Podjazdy 1050m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Śnieżnik-Spalona

Czwartek, 14 sierpnia 2014 · dodano: 18.08.2014 | Komentarze 2

Trzeciego dnia plan był prosty: przenieść się do kolejnego schroniska - tym razem na Spalonej. Tam przynajmniej dobrze zjemy. Pakujemy więc manatki - tym rzem plecak ma ok. 7 kg, więc może dam radę dłużej z nim wytrzymać? Się okaże. Rowerom też było potrzebne śniadanie, więc otrzymały chociaż trochę czyszczenia łańcucha (przez noc pożywkę na nich urządziła sobie rdza) i solidną porcję smaru. Trochę podładowania telefonów u pana w okienku na jadalni, śniadanie (hmmm) i w drogę.


Pogoda była doskonała, a widoczność jeszcze lepsza...

.... więc nic dziwnego, że trochę za bardzo się rozpędziłam i na skrzyżowaniu szlaków pojechałam prosto, zamiast skręcić w lewo - na Żmijowiec. Ale we mgle przynajmniej porykiwania przewodników niosą się daleko - można odpowiednio wcześnie się cofnąć i nie próbować od razu podjazdów.

W końcu zrobiło się jaśniej, co wcale nie znaczy, że lepiej, bo gps w telefonie jeszcze się nie odnalazł i poszukiwania drogi odbyły się metodą tradycyjną, czyli "podjadę i zobaczę, czy to tam". To tam okazało się zielonym szlakiem rowerowym, prowadzącym dookoła Czarnej Góry.

Ta ścieżka nas nie rozpieszczała, postanowiła być błotnista, mokra i kałużowata - na dość znacznej odległości. Ale generalnie było płasko, więc dzielnie zniosłam humory tej drogi.

Do czasu, gdy Bodzio wpadł na pomysł, któremu ja przyklepnęłam, żeby pojechać do wieży nadawczej. Było spoko i nagle ..... bum, zaskoczyła mnie końcówka podjazdu - wziął i zrobił się stromy, nie wiadomo po co? :)

Pod wieżą okazało się ,że garmin dalej nie chce z Bogdanem nawiązać współpracy, w związku z czym musiałam w tym miejscu poprosić o pomoc Mundka, żeby było cokolwiek, no i cokolwiek się zarejestrowało, korekta dystansu o 8 km nastąpiło i dobrze jest.

Skierowaliśmy w końcu nasze rowery na szlak wiodący z powrotem do Iglicznej i w końcu zrobiło się  hardcorowo, Teoretycznie kolor trasy miał być zielony, ale przyplątał się jeszcze i żółty i niebieski i nabił nam kilometrów kilka. Te trasy do pewnego momentu też postanowiły nam trochę życie utrudnić i pokazać co to prawdziwy rajd terenowy.

Łącznie z żywym torem przeszkód

A od tej kapliczki zaczął się naprawdę kolorowy zawrót głowy i jazda na całego - aż do samej Iglicznej.

Po błotnistych podjazdach  wtoczyłam się w końcu na szczyt, zobaczyłam stromy, kamienisty, ale dość ciekawy zjazd, no to ruszyłam.....

i tu czekało na mnie drugie bum.... pierwsze to brak ostrzeżenia o konieczności posiadania paralotni ze sobą, a drugie to że Bodzio zaczął mi opowiadać ścieżkę, którą zjedzie. No masakra jakaś. Łykałam wszystko, jak młody pelikan i prawie płakałam, żeby dał sobie na wstrzymanie, bo ja za młoda na wdowę jestem.


Ostatecznie Bodzio postanowił jeszcze trochę pożyć i  zniósł swojego nerwusa na dół. Tak mi ulżyło, ze rower zrobił się bardzo lekki przy niesieniu. Mogłam przestać wybierać już trumnę dla wariata mego. To było po prostu niezjeżdżalne.

Dalej mimo dalszych luźnych kamieni już było naprawdę lajtowo, w porównaniu z powyższym hardcorem. Na Iglicznej Bodzio wykonał do Artura telefon organizacyjno-pytający: szykuj się do drogi - niedługo będziemy w Bystrzycy i czy czerwony szlak do Marianówki jest przejezdny? Jest. To siup. Dopiero na dole przy wyjeździe z lasu zorientowałam się o jakim szlaku mówili. Na wycieczce z Feniksem i Patrycją ten pierwszy mnie wkręcał, że tamtędy do góry musimy cisnąć, co ja oczywiście przyjęłam za prawdę i prawie tam skręcałam.  Ale w ostatniej chwili Feniks się zlitował nad moją naiwnością i skierował mnie łaskawie na asfalt. No to teraz go przejechałam - żywa. Po drodze nie wyrobiłam zakrętu i centralnie wjechałam w drzewo, potem napadł na mnie ogroomny psiór rasy York i ręce prawie oderwałam od tułowia, żeby pupa została za siodełkiem, ale było warto. Dobrze, że to było w dół, a nie w górę.

Od Marianówki Bodzio postanowił wyprowadzić mnie w pole - i to dosłownie: ma być teren, będzie teren. Proszę:


A potem już Bystrzyca i pyszne ciacho i kawa u Artura, który się szybko ogarnął i ruszyliśmy w kierunku Spalonej. Chłopaki pomknęłi jednak tak szybko, że aż mnie wkurzyli, bo nie nadążałam. W Spalonej ruszyłam nawet do boju, ale .....

zaproponowali tron dla królewny, więc egzekucję odłożyłam na dzień następny.

No, ale nie ma tak dobrze, Artur po 12 km z Bystrzycy to się dopiero rozgrzał, Bodziowi też było mało, więc postanowili zatargać mnie jeszcze na Jagodną, a żeby nie było masakry, pozwolili zostawić plecaki w pokoju.
ZDOBYŁAM  JĄ!!!


Oni też:


Jedzenie w schronisku było oczywiście rewelacyjne i nawet przebolałam, że nie o tej porze, co trzeba poszłam pod prysznic, w związku z czym trafił mi się arktyczny wręcz chłód wody.  Chłopaki wygrali, bo po prostu poszli spytać, kiedy będzie ciepła woda. Od 18-tej do rana. Buuu.



  • DST 53.00km
  • Teren 45.00km
  • Czas 04:54
  • VAVG 10.82km/h
  • VMAX 40.80km/h
  • Podjazdy 1560m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Śnieżnik-Kralicki Snieznik-Śnieżnik

Środa, 13 sierpnia 2014 · dodano: 17.08.2014 | Komentarze 3

Celem drugiego dnia wyprawy był Kralicky Śnieżnik i Navrsi - polecane przez Anię.
Zapowiedzi pogodowe na ten dzień nie były jakieś szczególne, ale najważniejszą informacją było, że padać ma dopiero ok. 14 godziny. Czyli wniosek jeden:  im szybciej wyjedziemy, tym dalej dojedziemy w stanie suchym. Rowerów czyścić jeszcze nie ma potrzeby, śniadanie (hmm) szybko wciągnięte, plecak tylko jeden i to nie przeze mnie noszony. Jest cudnie -  w drogę.
Najpierw kierunek: Jodłów - niebieskim szlakiem.

Są hopki, są kamienie, korzenie, kałuże i są przepiękne widoki. Jest również dłuuuugi 7-kilometrowy zjazd do Jodłowa. Dłonie trochę bolały pod koniec To chyba gdzieś na tym zjeździe zrobiłam maxspeed dnia 40,8 km/h. Zaczęło się też robić ciepło i chmurki się rozeszły.


Bodzio posiada niestety tylko zdjęcia statyczne - gdyby chciał oddać aparat może miałby dynamiczne. :)

Tam niedługo będziemy, ale najpierw od Jodłowca musimy się przedostać różnymi hopkami na czeską stronę.


Po chyba 4 km asfaltowej drogi dojechaliśmy do miejsca, w którym przez łąkę i wąziutkie ścieżynki trzeba zjechać kilometr w dół i ok. 100 m w pionie, po to żeby zacząć wdrapywanie się i potem trawersowanie przez Kralicky Śnieżnik, a poniżej miejsce, w którym skrót się zaczyna.

Nie wszystko dało się przejechać, prawie na samym końcu łączki zrobiło się błoto, bardzo śliskie kamienie i jakaś mała rzeczka.


I gdy już wyluzowani i zadowoleni podjeżdżamy do właściwej drogi... okazuje się, że na całej (6 km) trasie trwają prace budowlane, a tłuczeń i niesort wraz z ciężkim sprzętem to w chwili obecnej norma na Kralickim. No co za niefart, nie mogli tego robić w październiku chociaż? Bogdan dzielnie się przebijał przez te hałdy na rowerze, a mi po kilku kolejnych siniakach na nogach nie pozostało nic innego, niż przemieszczanie się na własnych odnóżach.

Zanim wsiadłam z powrotem na rower, przespacerowałam sobie jakieś 3 kilosy. Wyżej ciężki sprzęt rozgniótł niesort i zrobiło się w miarę przejezdnie, ale zdecydowanie nie był to asfalt, stąd proporcje terenowo-asfaltowe w tym dniu zdecydowanie zostały przechylone na stronę terenu.



Dojechaliśmy w końcu do źródełka, w którym Bodzio z całą ekipą BS-ową też tankował, a potem do chatki przed stacją narciarską, do której też zawitaliśmy na coś ciepłego i mokrego.


A w tle widać wieżę na Trójmorksim Wierchu.

Potem naszym celem było oczywiście Navrsi i z dojazdu do chatki najbardziej podobal mi się zjazd żółtym szlakiem, który nie był jakoś specjalnie trudny technicznie, za to był niemal pionowy i pupkę trzeba było mocno za siodło wystawić, żeby nie przelecieć przez kierownicę. W końcu my i nasze rowery...

dotarliśmy na obiad i zasłużony odpoczynek.

A najbardziej ucieszył Bodzia widok gniazdek elektrycznych, z których natychmiast skorzystał, bo po doświadczeniach w schronisku każde doładowanie telefonu było na wagę złota.


Postanowiłam uwiecznić również mapę, którą Bogdan namiętnie studiował, bo to już raczej jej ostatnie chwile, niedługo po niej wspomnienia tylko zostaną.


Powrót na Śnieżnik upłynął pod znakiem mgły, deszczu i sprawdzających się prognoz - choć odsuniętych w czasie o jakąś godzinę. Gdzie się dało jechaliśmy, mimo iż po czeskiej stronie nie wolno. Ale liczyliśmy na to, że w taką pogodę i w środę po południu horska słuzba nas nie wypatrzy i rzeczywiście tak było. Były jednak takie odcinki, gdzie naprawdę nie dało się absolutnie przejechać i noszenia przez to też trochę było. Jednak na szczycie Bodzio po prostu wsiadł i zjechał do schroniska, nie zważając na deszcz, ani śliskie kamienie. Ja nie miałam myśli samobójczych, życie mi się podoba, więc ryzyko zjazdu ograniczyłam do maksymalnego minimum. Co wcale nie oznaczza, że wszystko sprowadziłam, nie mogłam sobie przecież odmówić próby zjeżdżania ze Śnieżnika - w końcu pierwszy raz zdobytego wraz z rowerem !!! :)





Kategoria Śnieznicki PK


  • DST 50.60km
  • Teren 13.00km
  • Czas 03:54
  • VAVG 12.97km/h
  • VMAX 52.60km/h
  • Podjazdy 1400m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Zachód słońca na Śnieżniku

Wtorek, 12 sierpnia 2014 · dodano: 17.08.2014 | Komentarze 3

Urlop rozpoczęty, więc jak nie spędzić go na rowerze? Tym bardziej, że Wiktor wypoczywa nad morzem i nie trzeba wracać do domu w tym samym dniu. Krótka narada, telefony do schronisk, pakowanie plecaków i start. Bodzio wsiadł na rower oczywiście już pod domem, ja transportuję się autem, za pomocą mojego brata, do Zieleńca. Pierwszy raz jadę z tak ciężkim plecakiem - ok. 10 kg. Gdyby to był treking, to powiedziałabym, że plecak mam lekki, ale na rowerze sprawa wygląda inaczej. Na razie mnie to nie przeraża, ale pod koniec trasy......?

Tego dnia mamy dojechać na Halę pod Śnieżnikiem do schroniska, więc zdecydowanie więcej asfaltu, niż terenu, co mi wcale nie przeszkadzało. Dojechaliśmy do Bystrzycy, gdzie trzeba było zrobić napad na bank, bo bank w Kudowie już ktoś napadł i nic tam nie zostawił. Postanawiamy też wykonać szybki telefon do Artura, który tu przecież mieszka i okazało się, że jest akurat w pobliżu.

Szybkie omówienie planów, wstępne umówienie się na wspólne pokręcenie i ruszamy dalej.

Z Bystrzycy chcieliśmy dojechać na Igliczną przez Pławnicę i Marianówkę, więc mogłam przez chwilę błysnąć, służąc za przewodnika. Oj, przydała się wycieczka z Feniksem i Patrycją. Tutaj Bogdan trasy sprawdzać nie musiał - OGARNIAM  KIERUNEK. :)



A oto nasz pierwszy cel tego dnia: ja-Igliczna, Bodzio-Sanktuarium Marii Śnieżnej.

Od Marianówki do Iglicznej oczywiście był mój pierwszy poważny test jazdy z 10-kilową nadwagą i żeby  było trudniej Bogdan podczepił mi jeszcze pod hol auto, którego kierowca nie poradził sobie sobie z przewyższeniem. :)

Tak więc przystanek był jak najbardziej zasłużony, a w nagrodę za owacje na stojąco za hol, Bodzio otrzymał .......... fotkę.
W czasie, gdy ja docierałam do Iglicznej, Bogdan zdążył jeszcze podjechać wyżej i obejrzeć miejsce niedawnego zderzenia pewnej trójki z absurdami polskiej rzeczywistości. Bulterierki były na miejscu - gotowe do ataku. :):)

Wreszcie nastąpiła długo oczekiwana nagroda w postaci zjazdu żółtym szlakiem z Iglicznej do Ogrodu Bajek i Międzygórza. Stromo zrobiło się praktycznie od razu, ale najpierw (do Ogrodu Bajek) było igliwie i poszycie leśne, potem pojawiły się korzenie, do wyboru do koloru: płaskie, półpłaskie, poprzeczne, wzdłużne i jakie kto by sobie jeszcze nie zażyczył.





Ale nagle (od Polany) krajobraz uległ gwałtownej zmianie i oczom mym ukazała się rzeka kamieni i turyści, którzy na pewno stali nie tam, gdzie powinni. Bogdan oczywiście pomknął i w 100% przejechał szlak, na moje szczęście zatrzymywał się specjalnie, żeby moje wysiłki zjazdowe uwiecznić. Ja niestety nie mogłam mu się tym samym odwdzięczyć - z oczywistych względów - nie jestem w stanie zjechać szybciej, niż on.


Ten odcinek zjechałam w jakiś 70%, ale tak się z tego ucieszyłam, że zaprosiłam Bodzia na holbę w Międzygórzu - na drugą zaprosił się sam. :)


Po odpoczynku zaczęło się zdobywanie zasadniczego celu wyprawy:

Właściwie, to chyba mało kto nie wie, jak wygląda trasa z Międzygórza na Halę pod Śnieżnikiem, ja też to wiedziałam, ale różnicę odczułam zdecydowaną między podejściem, a podjazdem. Na niecałych 10 km ponad 500 m przewyższenia z plecakiem, który po prostu wgniatał mnie już w siodełko to nie była kaszka z mleczkiem. Dobrze, że po drodze była równia i moje nogi i plecy mogły trochę odetchnąć, ale ostatnie 100 metrów w pionie po prostu zeszłam z roweru, usiadłam na poboczu i czekałam aż Bodzio po mnie wróci. Naprawdę w nosie miałam czy jestem twarda baba, czy totalna beksa - chciałam żeby ktoś ode mnie zabrał to ciężkie dziadostwo i koniec. Na szczęście moja ostoja się domyśliła, wróciła i uratowała królewnę z wieży, czyli podwiozła mój bagaż do schroniska. Dzięki temu i  królewna wjechała, a nie wpełzła na szczyt hali.
A w schronisku przywitał nas oczywiście cudowny zapaszek stęchlizny i starej szmaty, brak gniazdek w pokojach, nie najwyższych lotów jedzenie, drogie piwo i toalety za 1 zł przy każdym wejściu.

Na szczęście wieczór wszystko wynagrodził. Pierwszy dzień wyprawy zakończyliśmy wspólnym podziwianiem zachodu słońca. Tak intensywnej czerwieni na niebie już dawno nie widziałam. Było po prostu przepięknie i bardzo klimatycznie.






Kategoria Śnieznicki PK