Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi ankaj28 z miasteczka Kudowa-Zdrój. Mam przejechane 12818.77 kilometrów w tym 5565.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 11.35 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

2013 r.:
button stats bikestats.pl
2014 r.:
button stats bikestats.pl
2015 r.:
button stats bikestats.pl
2016 r.:
baton rowerowy bikestats.pl

Dzienne odwiedziny bloga:

Moje rowery

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy ankaj28.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

FINALE LIGURE/WŁOCHY

Dystans całkowity:159.50 km (w terenie 116.00 km; 72.73%)
Czas w ruchu:13:10
Średnia prędkość:10.06 km/h
Maksymalna prędkość:250.00 km/h
Suma podjazdów:2700 m
Liczba aktywności:6
Średnio na aktywność:26.58 km i 2h 38m
Więcej statystyk
  • DST 40.00km
  • Teren 30.00km
  • Czas 03:25
  • VAVG 11.71km/h
  • Podjazdy 450m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Finale Ligure Dzień 6: Wreszcie lajt na koniec

Piątek, 9 października 2015 · dodano: 12.11.2015 | Komentarze 0

Piątek.
Ostatni dzień jazdy. Dwa razy zjechałam z Wiktorem singlem i raz OS-em. Ależ to dziecko zasuwało, nawet w pewnym momencie mi się zgubił tak szybko jechał. Dał radę na całego. Było ekstra. Na zdjęcia już nikt nie miał czasu.






  • DST 3.00km
  • Teren 3.00km
  • Czas 00:25
  • VAVG 7.20km/h
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Finale Ligure Dzień 5: kryzys zakończony jednym zjazdem

Czwartek, 8 października 2015 · dodano: 17.10.2015 | Komentarze 0

Czwartek.
Jak usłyszałam rano, że ekipa jedzie zaliczać kolejny EWS2015, zwątpiłam. A po czterech dniach naprawdę ostrej wyrypy miałam już w kolekcji tyle siniaków i zadrapań, że spokojnie mogłabym startować w castingu do horrorów, jako ofiara rzeźnika. Wiktor też nie przejawił chęci porannego prowadzania roweru po skałach, więc Bogdan mógł wreszcie się wyżyć, bez frustracji, że mu się znowu rodzina zgubiła.Resztę wrażeń - mam nadzieję - Bogdan opisze na swoim blogu.

Tak więc zorganizowaliśmy sobie czas z Wiktorem inaczej. Ale po południu podkusiło nas, żeby pojechać na zjazdy. To nie był jednak dobry pomysł, trzeba było odpoczywać dalej. Nawet w zjazdach rozgrzewka jest potrzebna, inaczej nogi masz z drewna, kierownica jest za duża, równowagi nie można złapać, wkurza i rozprasza każdy najdrobniejszy nawet błąd. Ale potem się okazuje, że to i tak był najlepszy czasowo przejazd. Dziwne.

Poddałam się po tym przejeździe i odechciało mi się dalszej jazdy na całego. Ale nie zostałam sama, bo oprócz Wiktora dalszą jazdę porzuciła też Karolina, która - po awarii swojego sprzętu - jechała na rowerze nie dopasowanym do siebie i też jej to nie podeszło. Tak więc poczekaliśmy na resztę w pięknych okolicznościach przyrody i z Wojtkiem zjechaliśmy busem do Finale.









  • DST 27.00km
  • Teren 22.00km
  • Podjazdy 150m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Finale Ligure Dzień 4: NATO BASE

Środa, 7 października 2015 · dodano: 12.11.2015 | Komentarze 0

Środa.
Link do wpisu Bogdana.
4 zjazdy 3-kilometrowymi odcinkami na Nato Base. Rewelacyjne wykorzystanie nieczynnej od lat bazy wojskowej. Zabawa na całego bo do góry podjazd busem i potem już tylko w dół. Ekstra trasy. Na koniec zjazd trasą EWS5 i rowerowe dotarcie do Finale.















  • DST 19.00km
  • Teren 19.00km
  • Czas 02:30
  • VAVG 7.60km/h
  • VMAX 30.00km/h
  • Temperatura 25.0°C
  • Podjazdy 100m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Finale Ligure Dzień 3: Isallo Extasy - moja ekstaza

Wtorek, 6 października 2015 · dodano: 15.10.2015 | Komentarze 2

Wtorek.
No to opisy tras zacznę od tej, która mi się najbardziej spodobała.
Po dwóch dniach hardcoru, armagedonu i rzeźni oraz myśli o tym, co my tu w ogóle robimy, wreszcie niespodzianka: zjazd na miarę moich możliwości.

Wojtek wywozi nas i nasze rowery busem poza Finale w okolice miejscowości Isallo  i zjeżdża na dół, żeby nas potem odebrać i znowu podrzucić na start. Podjazdy podjazdami, ale żeby z tego rodzaju wyjazdu jak najwięcej skorzystać, to opcja podwózki jest najlepsza z możliwych. W końcu podjeżdżać można wszędzie, ale taaakich zjazdów to już na pewno nie ma "wszędzie" i tutaj rzeczywiście jazda pod górę na rowerze poza granicami miasta mija się po prostu z celem. Szkoda czasu.



Jestem wystraszona i sfrustrowana tym, co nas czeka, bo już wiem, że to, co dla innych jest lajtowe, dla mnie oznacza walkę o przeżycie. Oczywiście dodatkowo martwię się o Wiktora, choć okazuje się, że młody znosi trudy jazdy zdecydowanie lepiej ode mnie. 
Na początek zaplanowany jest trzykrotny zjazd 3-kilometrową trasą Toboga Canova. Trasa jest podzielona na 3 sekcje, pierwsza wydaje mi się najbardziej techniczna: wąskie, kamieniste ścieżki, uskoki, trochę zakrętów. Wąsko "rozstawione" drzewa, wśród których trzeba uważać na kierownicę i balansować ciałem i rowerem, żeby nie zaliczyć gleby.


Pierwszy zjazd był zwiadowczy, dlatego znalazła się chwilka na zrobienie zdjęcia. Za pierwszym razem rower w takich miejscach,  jak powyżej po prostu sprowadzałam. Ale po ścieżkach, takich, jak poniżej było ekstra: prawie, jak u nas.

Koniec drugiej sekcji wygląda tak: lajcik, prawda?

Trzecia sekcja dla tych, co potrafią już jeździć, to zdecydowanie flow. Dla mnie i Wiktora za pierwszym razem przeprowadzanie roweru przez ciasne zakręty i uczenie się ścieżki oraz podpierania nogą na nich.



Nauka wychodziła różnie, ale powyższy zakręt za pierwszym razem wyszedł mi koncertowo, czyli tak, jak Wiktorowi poniżej:

Nie wygląda, ale niezła ścianka tu była. Nie zjechałam jej ani razu, a byłam tu łącznie cztery razy.
Mimo trudniejszych momentów Bogdan pozjeżdżał sobie z wielkim funem i rogalem na twarzy.

Ja prawdziwą frajdę miałam dopiero za drugim i trzecim razem, gdy przestałam się bać o to, że sobie nie poradzę.

3 kilometry to dużo czy mało?
W tym przypadku dużo, moje czasy przejazdu zresztą mówią same za siebie:
1 zjazd: 33:27
2 zjazd: 32:10
3 zjazd: 27:34
Dla porównania Bogdana Personal Record na tym odcinku wyniósł: 21:00. Byłby o połowę lepszy, ale w ten czas wliczyły się postoje i oczekiwania na mnie i Wiktora.
Pozostali faceci to dla mnie inna liga, więc nie mam się co z nimi równać. Cieszyłam się z własnych postępów i pracy nad pozycją.

Po tych zjazdach zaplanowany był zjazd trasą Isallo Extasy, ale Wiktor był już bardzo zmęczony, więc powstał dylemat, kto ma z nim zjechać na kwaterę? Na szczęście dla mnie Bogdana napier...dzielał palec ręki, uszkodzony wcześniej i wspaniałomyślnie zaopiekował się młodym, a ja mogłam pojechać z ekipą na dalszą trasę.

I to była najfajniejsza i najciekawsza trasa, jaką udało mi się poznać na całym obozie. Po prostu cudo. Tak jakby połączyć Srebrną Górę, Broumovsko i Śnieżnik w jeden trail. Najpierw był 3-km podjazd, który o dziwo bardzo mi przypadł do gustu, niespecjalnie trudny czy stromy, dał nogom rozgrzewkę, której brakło wcześniej jeżdżąc tylko w dół.

Dotarliśmy na szczyt :

Przygotowania do zjazdu i ogarnianie trasy na tracku, bo w tym sezonie żaden z nich jeszcze tam nie był, więc niespodzianek należało się spodziewać. Czyli znowu, poczułam się jak w domu.

Już wiedziałam, że lekko nie będzie, bo trasa miała 7 km. Zaczęło się świetnie: chaszczowaniem  -  huraaa! Ja to umiem. W noszeniu roweru przez krzaki jestem dobra. Aż musiałam się zatrzymać i fotkę trzasnąć.


Po zboczu góry najpierw trawers, potem zrobiło się skaliście i wąsko. Były rynny i hopki, jazda w lasku i na otwartej przestrzeni. A ponieważ chłopaki pocisnęli na dół w ogóle się za siebie nie oglądając nie miałam ciśnienia, żeby ich gonić. No i czekał na mnie Wojtek, który zaopiekował się najsłabszym członkiem ekipy. A dzięki temu miałam bezcenne lekcje jazdy tylko dla siebie. Wskazówki co do techniki jazdy i wyboru ścieżki naprawdę zapamiętam i z całych sił będę się ich uczyć, bo teraz już wiem, jak ma to wyglądać.

No i gdy trafiłam na najlepszy odcinek tej trasy, czyli włoskie "telewizory" ZŁAPAŁAM   PIERWSZEGO  W ŻYCIU  SNEJKA !!!!!!   Ja !!!!!

Miałam ze sobą wszystko - poza pompką, która pojechała z Bogdanem do domu. Buuuuu. Późno i ciemnawo (już koło 19 godziny było). Ostatni kilometr trasy przebiegłam w dół z rowerem, gdzie przy asfalcie czekała na mnie Karolina. Nie było czasu już na więcej, więc poprosiłam ją tylko, żeby zjechała asfaltem do chłopaków, powiedzieć, im że za moment dotrę. Kamil się przy okazji okrutnie zdziwił, że nigdy do tej pory mi się snake nie przytrafił, myślał, że żartuję.

"Pierwszy raz" w takich okolicznościach przyrody zapamiętam na zawsze.



  • DST 33.50km
  • Teren 25.00km
  • Czas 03:00
  • VAVG 11.17km/h
  • VMAX 250.00km/h
  • Podjazdy 900m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Finale Ligure Dzień 2

Poniedziałek, 5 października 2015 · dodano: 12.11.2015 | Komentarze 0

Poniedziałek.
Najpierw pojechaliśmy na OS2. Baaardzo trudna trasa - najłatwiejszy z niej był podjazd. Dużą część zjazdu po prostu sprowadzałam rower, bo tak ciasnych, stromych i trudnych technicznie zakrętów jeszcze do tej pory nie widziałam.
 


Trochę fotek u Bogdana.

W drugiej części dnia już było lepiej - pojechaliśmy na Rollercoster. Taka MEGA Srebrna Góra. Z kosmiczną glebą, po której myślłam, że przetrąciłam kręgosłup. Kciuk boli mnie do dziś. Ale adrenalina wypływała mi uszami i takich emocji na zjazdach nie przeżyłam do tej pory. Było rewelacyjnie. Na zdjęcia nie było czasu.







  • DST 37.00km
  • Teren 17.00km
  • Czas 03:50
  • VAVG 9.65km/h
  • VMAX 45.00km/h
  • Podjazdy 1100m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Finale Ligure Dzień 1: czyli jak przeżyć na "łatwiźnie"

Niedziela, 4 października 2015 · dodano: 17.10.2015 | Komentarze 1

Pierwszy dzień to rozjazd, zapoznanie z topografią miasta oraz ekipą rozlokowaną na campingu.
Niedziela.

Jeszcze trwały zawody Enduro World Series 2015, więc "endurowcy" byli po prostu wszędzie, opanowali cało miasto. Nazwiska znane w tym środowisku padały co chwila i ekipa była podekscytowana tym, kogo widzieli. Jeszcze rok temu nie ogarniałam samego pojęcia enduro, a co dopiero całą resztę, ale nawet ja wiem, kto to jest Tracy Moseley czy Fabien Barell. Więc nic dziwnego, że cieszyli się z tego, że mają ich na wyciągnięcie ręki.

Stąd też pomysł Diabła, żeby poranne jazdy odbywały się odcinkami OS-ów z zawodów.
Mów mi jeszcze. Jestem za !!! Super !!!!
Oj, naiwna, nieświadoma tego, co cię czeka niewiasto !!!!!!

Na początek Wojtek zaproponował  DH WOMEN !! Nie byl to odcinek EWS-u, ale zapowiedź była: lajtowy !!!!!
I był, ale podjazd !!!!
Zjazd to była ciężka robota, przecudna, ale cholernie ciężka.


Dojazd na szczyt miał łącznie około 5 kilosów - częściowo po asfalcie, częściowo w terenie. Banalny to ten podjazd nie był, ale Wiktor poradził sobie z nim rewelacyjnie. Nawet zebrał pochwały od chłopaków, którzy generalnie byli zdziwieni, że ma TYLKO 12 lat i tak sobie świetnie radzi. Zadziwił ich potem jeszcze nie raz.
Po drodze zatrzymaliśmy się w przeuroczym miejscu, gdzie winogrona rosły na wyciągnięcie ręki i były przepyszne.


Na szczycie opadła mi szczęka.
Najpierw z powodu przecudnego, przepięknego i zachwycającego widoku, rozciągającego się przed nami......



..... a zaraz potem z przerażenia, CZYM WŁAŚNIE MAMY ZJEŻDŻAĆ !!!


Jak to było łatwe, to niech go cholera weźmie. :):):)
I proszę nie wymagać ode mnie fachowego opisu tej trasy, bo ja pojęć enduro nie ogarniam. Dla mnie było ekstremalnie:  bardzo wąsko, kamieniście, z przepaścią z jednej strony i stromym stokiem z drugiej strony. Momentami można było mieć wrażenie, że ścieżka się kończy, a ja zaraz spadnę w przepaść, a okazywało się, że w tym miejscu jest tak ciasny zakręt i do tego kamienisty uskok (czyli agrafka z dropem ?????), że szczęka spadała po raz kolejny. I tak sobie trawersowała trasa na dół - do morza.
Jednocześnie było tak pięknie, że aż zatykało. Zjeżdżać z góry i widzieć przed sobą morze, rozciągające się aż po horyzont, to naprawdę niesamowite wrażenie. I tego na pewno nie zapomnę długo.


Gdzieś po drodze Wiktor zalicza swoją glebę na kamienistej rynnie, ale nie ze swojej winy - wypiął mu się zacisk. To potem zresztą przytrafiło się jeszcze raz. Ja swoich gleb nawet nie liczę, poza jedną - zaliczoną w dniu następnym. Ale ponieważ "twardym trzeba być, nie miętkim", to nie ma się co nad upadkami rozczulać, tylko pamiętać, jak było wspaniale mieć możliwość znaleźć się w takim miejscu i spróbować zjechać kawałkiem nieba, piekielnie trudnego.

I uzyskać pierwsze rady od coacha: moja pozycja na rowerze powinna ulec zmianie, powinnam bardziej stać nad siodełkiem a nie za nim, to pozwoli lepiej kontrolować rower. Wystawiając się za siodło, wyciągam jednocześnie za bardzo ręce i też zmniejszam kontrolę. Poza tym podstawowa rzecz: ciężar ciała spoczywa wtedy na udach i po niedługim czasie odczuwam to, jako piekący ból. Stojąc i dociskając pięty do dołu automatycznie przesunę się nad mostek kierownicy, a ręce w łokciach zegnę niemal automatycznie.

I tak powinno to wyglądać.
Proste i oczywiste, nie?
Taaaa, tylko to jeszcze trzeba zrobić.
Pierwsze próby zmiany podjęłam na asfaltowym zjeździe do morza, bo walcząc o przeżycie nie da się jednak myśleć o pozycji, ustawia się wtedy człowiek automatycznie w pozycji dającej dotychczas poczucie bezpieczeństwa.

Dotarliśmy w nagrodę nad morze i to była jedyna nasza wizyta na plaży podczas całego pobytu. Ależ było cudnie. :):)



A po przerwie Wiktor został na kwaterze, Karolina pojechała szukać spinki do łańcucha, a reszta  pojechała na popołudniową jazdę. I tym sposobem po trzęsieniu ziemi, nazwanego przez Diabła łatwizną, nastąpiła trąba powietrzna. Po kolejnym fajnym podjeździe, z przerwami na miejscówki takie, jak ta poniżej, pojechaliśmy w dół, gdzieś po drodze zaliczając OS2 zawodów EWS.

Gdzie ja oczywiście nie przegapiłam okazji do tego, żeby się zgubić, czym wprawiłam Bogdana w przecudny nastrój, pełen miłości i ciepła. :))





  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze

Finale Ligure - ogółem

Sobota, 3 października 2015 · dodano: 12.10.2015 | Komentarze 1

ORGANIZATOR OBOZU:
Totalbikes.  Wojtek "Diabeł" Koniuszewski.
Wszystko, co zaoferował na swojej stronie odnośnie organizacji obozu odbyło się dokładnie tak, jak to zostało opisane.
Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Zwłaszcza osobisty kontakt z "Diabłem", jeśli ktoś chce się nauczyć lub poprawić w jeździe enduro. Niesamowicie ciepły, sympatyczny i kompetentny człowiek, wzbudzający zaufanie już przy pierwszym kontakcie. A przede wszystkim obdarzony darem nauczania, co myślę, nie zdarza się tak znowu często. Nie krytykuje, tylko obserwuje i doradza.

CZAS  AKCJI:
Wyjazd: 03.10.2015 r. sobota 6.00 rano z Wrocławia.
Powrót: 11.10.2015 r. niedziela tydzień później.

UCZESTNICY:
No oczywiście my.

Poza tym:
Karolina i Michał

Kamil "Młynek"

Kris

"Wyspa" i Maciek

Robert (z prawej)

Piotrek (w środku) i Artur (tyłem)

A nawet przez moment "Vasco", który kończył pobyt z poprzedniego turnusu

O Wojtku oczywiście nie zapominamy:

MIEJSCE   AKCJI:
Nasza miejscówka to trzy miejscowości: Finale Marina, Finale Pia i Finale Borgo, połączone w jedną gminę: Finale Ligure.
Z jednej strony Morze Śródziemne, z drugiej Alpy Nadmorskie. I to właśnie one nas tu przywiodły.



Finale Borgo jest częścią środkową miasta i właśnie tutaj znajdował się nasz apartament.
Miejsce jest naprawdę przepiękne i urzekające, a mieliśmy okazję zobaczyć jeszcze okoliczne Noli, Calice Figure czy Orco Feglino. Widoki ze szczytów po prostu powalały.






PRZEBIEG AKCJI:
Rano śniadanie i wyjazd o własnych siłach na rowerze, na odcinki tegorocznych zawodów z cyklu: Enduro World Series. Po południu wyjazd busem w okolice Finale i zjazdy bardzo zróżnicowanymi szlakami. Kolacja wieczorem, a posiłki przygotowywane przez Wojtka znikały w mgnieniu oka. W przerwach między wyjazdami wpadaliśmy na pizzę i lody do knajpek na Rynku. Cudnie było.


To tyle ogółu.
Dni wyglądały podobnie, jeśli chodzi o organizację.
Pogoda dopisywała przez cały pobyt.
Ludzie byli nowi, ciekawi i wkręceni w enduro na totalnego maksa.

A trasy? Hmmm, o nich później.