Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi ankaj28 z miasteczka Kudowa-Zdrój. Mam przejechane 12818.77 kilometrów w tym 5565.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 11.35 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

2013 r.:
button stats bikestats.pl
2014 r.:
button stats bikestats.pl
2015 r.:
button stats bikestats.pl
2016 r.:
baton rowerowy bikestats.pl

Dzienne odwiedziny bloga:

Moje rowery

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy ankaj28.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w miesiącu

Październik, 2014

Dystans całkowity:317.10 km (w terenie 112.00 km; 35.32%)
Czas w ruchu:21:22
Średnia prędkość:14.84 km/h
Maksymalna prędkość:54.80 km/h
Suma podjazdów:6280 m
Liczba aktywności:8
Średnio na aktywność:39.64 km i 2h 40m
Więcej statystyk
  • DST 12.00km
  • Teren 3.00km
  • Czas 00:50
  • VAVG 14.40km/h
  • VMAX 36.30km/h
  • Temperatura 12.0°C
  • Podjazdy 200m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zielony szlak za szopką

Poniedziałek, 27 października 2014 · dodano: 27.10.2014 | Komentarze 1

Dwudniowy mordor za oknem chwilowo zmienił swe oblicze i od rana drażnił się ze mną czystym błękitem nieba i pięknym słoneczkiem, choć temperaturą nie rozpieszczał. Walczyłam całe 8 godzin w pracy, w końcu nie wytrzymałam i poddałam się temu zjawisku. Odpowiednia ochrona na twarz, ręce i nogi i w drogę, bo czasu tylko tyle, ile Wiktor spędzi na basenie - za dużo lekcji mamy dzisiaj do odrobienia. Telefon w kieszeń, słuchawki do uszu i kierunek: Pstrążna. Kurczę, za szybko jednak robi się już ciemno, a tak bardzo chcę zjechać albo niebieskim do IMKI albo zielonym szlakiem za szopką - która opcja wygra? Niestety krótsza.

Za to  Park Zdrojowy wieczorem wygląda bardzo urokliwie, a Teatr pod Blachą w odsłonach tęczy też jest całkiem całkiem.








  • DST 47.70km
  • Teren 24.00km
  • Czas 03:13
  • VAVG 14.83km/h
  • VMAX 36.50km/h
  • Temperatura 15.0°C
  • Podjazdy 1000m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Malinova Hora i Na Varte

Niedziela, 19 października 2014 · dodano: 28.10.2014 | Komentarze 5

Stare i nowe ścieżki wokół Kudowy, które szczegółowo opisał Bogdan w swojej relacji. Ja i tak nie ogarniam tego terenu, raz mi się wydaje znajomy, raz kompletnie nieznany, w jednych miejscach wiem, gdzie jestem, w innych zupełnie nie. Aż mnie to zadziwia, jak bardzo nie wchodzą mi te ścieżki do głowy. Może dlatego, że wydają mi się wszystkie jednakowe i nie mogę znaleźć w większości punktów odniesienia. Dobrze, że  w końcu wgrane są w mój telefon mapy.cz, bo mam poważne obawy o swój bezpieczny powrót, gdybym się tam wybrała sama. Nie ma to jednak, jak swoje ukochane Góry Stołowe. Ale kilka miejsc mi się tam bardzo podobało.
Oto kilka z nich:
Wieża na Na Varte.




Wieża na Malinowej Horze:





  • DST 37.00km
  • Teren 16.00km
  • Czas 02:40
  • VAVG 13.88km/h
  • VMAX 48.70km/h
  • Temperatura 15.6°C
  • Podjazdy 750m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Sekstans od d...rugiej strony

Sobota, 18 października 2014 · dodano: 20.10.2014 | Komentarze 6

Październik jest łaskawy w swojej aurze, więc jeszcze ciągnie w stronę roweru, choć bez dodatkowych ubrań już się z domu wyruszyć nie da. Tym razem wycieczka właściwie bardziej asfaltowo-podjazdowa, ale stworzyła się kolejna część sagi: asfalt nie musi być nudny.
Plan był prosty: dotrzeć którąś drogą do Lisiej Przełęczy i potem zobaczyć, co się przytrafi. A przytrafiło się wcześniej, bo po dotarciu do mostu w Dańczowie padła propozycja: Kulin.

Autem jechać tą drogą już mi się zdarzało, ale rowerem chyba nie, a bynajmniej tego nie pamiętam, więc dlaczego nie? Tylko zapomniałam, że w aucie nie czuć podjazdów, a tu mnie czekało chyba z 5 km tego "szczęścia".

Zjazd przez Słoszów do skrzyżowania prowadzącego do Dusznik lub Karłowa i kolejna decyzja: kierunek Złotno, bo tam na pewno jeszcze nie byłam. A w Słoszowie dojrzałam nad stawem prześliczne stadko hodowlanych jeleni (?), których Bodzio w szalonym pędzie  oczywiście nie zauważył.

To była bardzo dobra decyzja, bo nie dość, że zaczął się wreszcie teren, to jeszcze zupełnie dla mnie nowy. Ogólnie rzecz biorąc kierowaliśmy się nadal na Lisią Przełęcz, ale przy jakimś skrzyżowaniu Bogdan wskazał mi dwie możliwości: Lisia Przełęcz albo Sekstans. No i oczywiście wybrałam to drugie, bo ile razy byłam na Sekstansie, tyle razy mi się marzyło przyjechać tu od strony Dusznik właśnie. Mówisz, masz! Tyle, że to znowu wspinaczka, ale za to z pięknymi widokami.


Na Sekstansie obieramy kierunek Karłów - IMCA i tam nie zastanawiając się wiele, skręcamy w mój najukochańszy odcinek Błędnych Skał. Niebieskim docieramy do czerwonego szlaku i wyjeżdżamy z lasu, wprost na zachodzące słoneczko.

A potem znowu czerwonym  do samych Jakubowic. Jazda po śliskich korzeniach, do tego przykrytych liśćmi robi się trochę hardcorowa i naprawdę cieszyłam się, że tą trasę już znam. A i tak przy ostatnim zjeździe źle najechałam na kamień,  podparłam się nogą, za mocno zahamowałam i w efekcie całkiem mi rower się bokiem położył na skarpie. Więc nie było innego wyjścia, tylko cofnąć się trochę i najechać go jeszcze raz. No i poszło o niebo lepiej, bo zjechałam do samej ulicy, choć w półmroku i na mokrym podłożu to nie było aż takie proste.




  • DST 67.80km
  • Teren 30.00km
  • Czas 03:57
  • VAVG 17.16km/h
  • VMAX 54.80km/h
  • Podjazdy 1200m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

XIII Puchar Leśniczego i przeprawa z chłopakami

Niedziela, 12 października 2014 · dodano: 17.10.2014 | Komentarze 1

Na XIII Puchar Leśniczego umówiłam się - oprócz rodzinki - też z Ulą i Kingą. Dla obu dziewczyn to był pierwszy udział w maratonie rowerowym, bo inne dziedziny sportu laski mają już za sobą. Start zdecydowanie się opóźnił, bo w tym roku zgłosiło się dużo więcej chętnych, niż w poprzednich edycjach, więc organizatorzy musieli dłużej ogarniać zapisy i starty. Przed zasadniczym startem wypuścili więc najmłodszą ekipę uczestników, w której wystartował również mój 5-letni siostrzeniec z tatą, a Wiktor dzielnie mu kibicował.

Nie wiem, gdzie Mateusz podsłyszał rozmowy rowerowe, ale jego komentarz po przybyciu do mety (dystans: jakieś 500 m) mnie rozwalił: ciociu, ale były przewyższenia !!! Oczywiście nagroda musiała być, więc po wręczeniu medalu, natychmiast zajął należne mu miejsce na pudle.

Potem chłopaki z Bartkiem wynaleźli ciekawsze zajęcia typu: zjazd tyrolką, czy strzelanie z paintbola, a my rozeszliśmy się na start.


To my w trasie, ponieważ umówiłyśmy się na wspólny przejazd więc wyglądało to mniej więcej tak:

Tutaj pędzi Kinga, która wyciskała z siebie maxa - jak przystało na pierwszy start. Oczywiście z naszej trójki to ona była pierwsza. :):)

I już po wyścigu. O wynikach kobiet nie ma sensu pisać, bo po pierwsze organizatorzy uruchomili nasz czas razem ze startem mężczyzn, więc do każdego wyniku dodano 10 minut przez to - mój licznik pokazał mi czas przejazdu 33 minuty, dystans 10,96 km. Panowie mieli całe mnóstwo kategorii, natomiast pozostali to było open. Ja oczywiście o tym wiedziałam już przed wyścigiem, dlatego spinki nie miałam żadnej, bardziej cieszyłam się z tego że moje dzieciaki miały tam frajdę, że była świetna atmosfera i spotkaliśmy mnóstwo znajomych, w tym jak widać Artura.

A potem, gdy już Wiktor i Mateusz się pobawili, pojedli i posiedzieli z nami, Bartek pojechał z nimi do domu, a my, tzn.: Ula, ja, Bogdan i chłopaki z PROAL CYKLON wyruszyliśmy na rowerach ujeżdżać Góry Orlickie. Kawałek za Mostwoicami Ula jednak odłączyła się od naszej grupki i w dalszej drodze sama dzielnie starałam się dotrzymać tempa szybkiej siódemce. Ufff, wycisnęli ze mnie wszystkie możliwe zapasy siły, energii i kondycji, ale warto było, bo takiej średniej to dawno nikt ze mnie nie wycisnął. Szczegółowo opisał trasę oczywiście Bodzio, ja może ograniczę się do niektórych momentów. Nie jest to mój pierwszy wyjazd tylko w męskim towarzystwie, ale tutaj panowie mają zupełnie inny styl jazdy: chłopaki z cyklona uwielbiają ostrą, szybką i treningową jazdę, nasze chłopaki z BS-u to rekreacja, pogaduchy, radość jazdy sama w sobie. Choć oczywiście przyznaję, że Bogdan, Artur i Maciek gdzie tylko się dało nie zostawiali mnie tak bardzo na pastwę losu (a raczej podjazdów), a na zjazdach jakoś ich  podganiałam.
Oto ekipa oczekująca na mój dojazd - przynajmniej Bogdan miał okazję w trasie zrobić trochę fotek, bo gdybym trzymała ich tempo to pewnie i tych zdjęć by nie było hihihi.

Trasa sama w sobie nie była mi obca, tyle, że teraz  jechaliśmy nią niejako "pod prąd" - ciut dłuższy pitstop zrobiliśmy na Anenskim Verchu, bo tam akurat powyższa ekipa nie była.Od prawej: Piotrek - kolega którego imienia nie pamiętam, Maciek, Artur, Wojtek, Bogdan i ja a Kamil robi właśnie pamiątkowe zdjęcie.


A gdy ja się kończyłam wdrapywać na szczyt podjazdu ......

ich było tylko tyle widać...

Z Anenskiego vierchu pojechaliśmy w kierunku Wilekiej Destnej i tam z kolei ja od razu obrałam kierunek: Masarykowa Chata, a panowie jeszcze pojechali zdobywać szczyt. No a potem były zjazdy - moje ulubione. Zjazd czerwonym szlakiem to był właściwie mój cichy motywator do jazdy i nagroda za podjazdy. Co mi Orlickie zabrały, teraz musiały oddać, bez dwóch zdań. Jeszcze kilka miesięcy temu bałam się nim zjechać, ale po swoim WIELKIM ZJEŹDZIE Z GRODŹCA, czułam w sobie moc i ogromną chęć zjechania tym właśnie szlakiem. Pojechałam oczywiście, jako ostatnia, bo też nie chciałam nikogo blokować, ale trasę miałam przez to tylko dla siebie, bo też i nikt nie blokował mnie. W dwóch miejscach podparłam się, bo w jednym miejscu zablokował mnie korzeń i lej po deszczach, a w drugim sterta gałęzi, leżąca w poprzek. Okazało się też, że chłopaki z cyklona częścią tej trasy nie jechali nigdy, więc tym bardziej fajny był to zjazd. A już przejazd przez łąkę do Oleśnic był po prostu świetny. Tak to ja mogę częściej.

Podobał mi się też przejazd krajową ósemką (jak nigdy), bo wszyscy ustawili się w pociąg, ja gdzieś tam w środku i pociągnęliśmy aż do Kudowy. Bardzo mi się ta wycieczka podobała, choć była tak różna od BS-owych wyjazdów, ale każde nowe doświadczenie jest cenne. Tyle, że ja wiem, że chyba długo się z chłopakami nie umówię - zakwasy miałam przez kilka dni, a dawno mi się już one nie przytrafiały. Dzięki Panowie za trening i świetną wycieczkę w październiku.
A mapka oczywiście zapożyczona od Bogdana.














  • DST 47.70km
  • Teren 20.00km
  • Czas 03:27
  • VAVG 13.83km/h
  • VMAX 41.50km/h
  • Temperatura 23.0°C
  • Podjazdy 1000m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Zjazd z Grodźca, czyli mój lucky day :)

Sobota, 11 października 2014 · dodano: 11.10.2014 | Komentarze 6

Mój szczęśliwy dzień zaczął się od tego, że Bogdan był bardzo zmęczony swoją wielką wyprawą z dnia poprzedniego. Tak mu się chciało i nie chciało jechać, w końcu pogoda go ostatecznie przekonała, że warto się ruszyć z domu. Jego zmęczenie paradoksalnie bardzo pozytywnie wpłynęło na mnie, bo gdy on się powoli regenerował, ja zaczęłam się zbierać w sobie i w tym dniu rowerowo wyszło mi po prostu wszystko.
Pierwszą taką rzeczą był wjazd z ulicy na  mostek, prowadzący na "szlak" do Pstrążnej bez zatrzymywania i podjechanie pierwszej hopki, aż do wypłaszczenia.  Do tej pory mi się to nie udawało, ale tak bardziej z niechciejstwa, niż żeby to było trudne. Pomyślałam sobie w tym momencie, że jak tu dałam radę, to może dzisiaj będzie dobry dzień i wjadę wszędzie, gdzie tylko  Bogdan mnie zaprowadzi.

Drugim prezentem było zabranie przez Bodzia aparatu - na jazdę wokół komina najczęściej szkoda mu czasu i zawracania gitary setnym zdjęciem w tym samym miejscu. Ale na tym trawersie i o tej porze roku nie mógł sobie odmówić i całe szczęście.


I znowu podjechałam aż pod szlaban, a ten podjaździk jest w sumie trochę wredny, bo ostry i kamienisty. Potem podjechałam też wszystko do szlabanu , prowadzącego na Drogę Aleksandra. Bez specjalnej spinki, swoim tempem, ale dałam radę.



Trzeci prezent tego dnia, to wyjątkowa opiekuńczość Bogdana - nie odjeżdżał, nie gonił, pilnował i zachęcał do podjazdów, nie pohukiwał i chwalił, gdy wyszło mi coś trudniejszego. Po prostu, jak nie on, ale taki on spowodował, że to była jedna z najlepszych do tej pory wycieczek w dwójkę. Na Lelkowej umówiliśmy się, że tym razem ja zrobię mu fotki ze zjazdu po kamolach, ale wyszło nawet lepiej, bo nagrał się mały filmik. Tego miejsca na niebieskim i tym razem nie miałam zamiaru zjeżdżać, bo coś przecież trzeba zostawić na następny sezon, więc bardzo się cieszę, że mogłam się zatrzymać i nagrać jego zjazd.

Po dotarciu do Karłowa pętaliśmy się chwilę bez celu, bo Bodzia znowu dopadło chciejstwo-niechciejstwo pt.: chce mi się czy nie chce mi się piwa? Ostatecznie zatrzymaliśmy się na kufelka. Zastanawialiśmy się przy tym w którym kierunku dalej jechać i zdecydowaliśmy, że jak przejedziemy sawannę, to zobaczymy, co dalej. A dalej był mroczny las....



... oraz Kulin i  Grodziec. Bogdan stwierdził, że spróbujemy na niego wjechać i on nie oczekuje, że tam wjadę, ale on ma ochotę i poczeka na górze. I chyba ten brak ciśnienia spowodował, że WJECHAŁAM pod samą przełęcz pod Grodźcem!!!!! Na końcu podjazdu szutrowo-kamiennego nie dałam rady jednak okazać swej radości z tego powodu, bo prawie zeszłam z tego świata i ciemność miałam przez chwilę przed oczami. A byliśmy w połowie drogi do przekaźnika na szczycie. Tyle, że tym razem Bogdan wybrał podjazd, którym sam do tej pory nie jechał. I dobrze, bo mimo, że też nie był prosty, to jednak łagodniejszy niż ten z prawej strony przełęczy. I znowu wjechałam aż na sam szczyt, bez zatrzymywania i prowadzenia roweru. Coś niesamowitego i nawet prędkość podjeżdżania nie miała dla mnie żadnego znaczenia (5-7 km/h hmm...), najważniejsze było, że wjechałam. 

Jak już tam dotarłam to czułam, po prostu wiedziałam, że tym razem się nie poddam i pokonam wreszcie ten zjazd. I znowu Bodzio dodał mi woli walki i wlał we mnie wiarę w to, że naprawdę dam radę !!!

I  UDAŁO  SIĘ - ZJECHAŁAM  WSZYSTKO, PO PROSTU WSZYSTKO !!!!!  Na dole trzęsły mi się nogi, serce waliło jak oszalałe i aż sobie pokrzyczałam z naprawdę przeogromnej, kosmicznej wręcz radości. Nie wiem, czy czasem to nie był mój największy akt odwagi do tej pory i komu go zawdzięczam? Wielkie dzięki i buziaki za to Bodzio. :):)

Z tej radości wcale nie czułam zmęczenia i propozycję powrotu do domu przez Kozia Halę - od Jelenia za Jodłą przyjęłam ze sporym entuzjazmem. Na podjeździe oczywiście zaczęło wychodzić zmęczenie, ale potem był zjazd do Lewina i znowu radość jazdy wzięła górę. Nawet na krajowej ósemce Bodzio wziął mnie pod swoje skrzydła, kazał wsiąść sobie na koło i z prędkością 30-35 km/h doprowadził nas do Kudowy.

A jak piszę ten wpis to właśnie zakończył się mecz Polaków z Niemcami historycznym zwycięstwem 2:0 dla naszych :)  No i jak tu nie uznać, że to był szczęśliwy dzień. Pierwszy od naprawdę dłuuugiego czasu.



  • DST 27.60km
  • Teren 11.00km
  • Czas 02:09
  • VAVG 12.84km/h
  • VMAX 43.80km/h
  • Temperatura 22.0°C
  • Podjazdy 780m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Wokół komina w trójkę

Czwartek, 9 października 2014 · dodano: 10.10.2014 | Komentarze 0

Po środowo-nocnym ataku migreny i kolejnym w pracy już myślałam, że będę leżeć i zdychać. Prochów różnych się nałykałam od środowej nocy do czwartkowego popołudnia trochę dużo i skończyło się i tak dwugodzinnym snem, po zwolnieniu z pracy bo i tak nie dało się funkcjonować. Ale o dziwo o 16 odżyłam, zjadłam i okazało się, że jednak damy radę pojechać na rower. Bodzio postanowił tym razem skorzystać z mojego zaproszenia i wyruszył z nami. On potraktował ten wyjazd jako rozruch przed dniem następnym, my jako spinkę do lepszej jazdy, bo wiadomo - nie ma to jak osobisty trener. :):) 

A ten trener wymyślił nam przejazd przez Miechy na Lelkową, podjazd do kas na Błędnych Skałach i przejazd Skalniakiem. Muszę stwierdzić, że lubię Skalniaka coraz bardziej i jeździ mi się na nim coraz płynniej. Dla Kingi był to znowu pierwszy raz, ale szło jej naprawdę nieźle, mam nadzieję, że jej nie zraziliśmy końcówką, gdzie było oczywiście znoszenie rowerów do szlaku. Dotarliśmy do Lisiej Przełęczy i asfaltem dotarliśmy do IMKI. Przy okazji przeprowadzałam wreszcie konkretny sprawdzian frogów i lampki i oceniam, że frogi są rewelacyjne, a nad lampką muszę jeszcze popracować - przy każdej większej dziurze obraca się wokół kierownicy i świeci we mnie, zamiast na drogę. Chyba jeszcze jedną podkładkę tam muszę wcisnąć.

Przy IMCE stanęliśmy i chwilkę podumaliśmy którędy to do domu - wybór padł w końcu na Drogę Aleksandra. Trzymałyśmy się z Kingą bliziutko siebie, bo w ciemności trochę niepokojąco tam było. Całe szczęście, że znam ten szlak i wiem, czego się mogę pod kołem spodziewać, bo inaczej chyba bym niejedną glebę zaliczyła na kamieniach. A potem już Czermna - lampy oświetlające ulicę - i pożegnanie z Kingą na skrzyżowaniu z ul. Zdrojową.






  • DST 14.00km
  • Teren 8.00km
  • Czas 00:55
  • VAVG 15.27km/h
  • VMAX 35.10km/h
  • Podjazdy 350m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Trening z Kingą

Środa, 8 października 2014 · dodano: 10.10.2014 | Komentarze 1

Umówiłam się tego popołudnia z Kingą na wspólny  trening po Górach Stołowych. Czasu mało, bo Kinga miała jeszcze inne plany wieczorne, więc pojechałyśmy sprawdzić czy sucho w lesie i czy jesień już tam zawitała. Okazało się, że jesień to niekoniecznie, ale wszelkiej maści sprzęt ciężki wkroczył w teren PNGS-u na całego. Tym razem nawet nie zdążyłam uruchomić endomondo, ale próby nowego telefonu trwają nadal. A oto kilka efektów moich zmagań fotograficznych.

A tak obecnie wygląda IMKA - koszmar:

Kinga niebieskim na Lelkową pod górę wjeżdżała pierwszy raz, więc nic dziwnego, że sporo rzeczy ją zaskoczyło, ja znów spróbowałam się z kamolami z wynikiem 1:0 dla nich. Ale już przynajmniej dalej, niż ostatnio.

A potem pojechałyśmy na czerwony do Jakubowic, bo odkąd pierwszy raz  udało mi się w całości z niego zjechać, to ciągnie mnie do niego co rusz. Ale oczywiście najpierw rynna:

A potem czysta radość, podwójna, bo i Kindze się spodobało, choć potraktowała czerwony na razie zapoznawczo.



  • DST 63.30km
  • Czas 04:11
  • VAVG 15.13km/h
  • VMAX 54.00km/h
  • Temperatura 24.0°C
  • Podjazdy 1000m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Ujeżdżanie żubra, czyli wypad do Srebrnej Góry

Niedziela, 5 października 2014 · dodano: 07.10.2014 | Komentarze 3

Oj, chodziło już za mną małe co nieco poza "kominem", więc niedzielnego poranka stawiłam się grzecznie w Kłodzku, gdzie przybyła Patrycja i Feniks. Oj, dawno, dawno się nie widzieliśmy, więc powitanie było, że ho ho. Trasa zaplanowana przez Feniksa miała być niespodzianką i pierwszyzną zarówno dla mnie, jak i dla Patrycji. Znałyśmy tylko ogólnie kierunek: twierdza w Srebrnej Górze.
Ruszamy więc na Wojciechowice i po ok. 2 kilometrach okazuje się, że mam kłopot z przerzutkami - linka się za bardzo poluzowała. W trakcie naprawiania okazuje się, że Feniks ma w zanadrzu kolejną niespodziankę: Tomcara, który dał mu się namówić na wypad. Przerzutki szybko chłopaki ogarniają i w czwórkę ruszamy dalej. Tomek ma duże wątpliwości, czy powinien jechać po całonocnej przeprawie z maleńką Zosią i tak, jakoś nieciekawie się czuje, jednak potem okazuje się, że to najzwyczajniej w świecie z głodu mu słabo było, czemu Feniks na szczęście w sposób niemal niezauważalny zaradził i Tomek z wyprawy nie zrezygnował. Ale ponieważ my też mieliśmy do uzupełnienia  zapasy napojowe, więc zatrzymaliśmy się przy sklepiku, który długo będę wspominać.

Pan sprzedawca był po prostu przecudny i on również sprawił mi  tego dnia niespodziankę, bo jak inaczej nazwać zakup kasztelana w butelce z kaucją (3,20+0,30) i bepowera (3,20) za łączną kwotę 3,90 zł? Trzy razy się upewniałam - pan twierdził, że tak ma być, więc ok, taka promocja może.  Tyle, że za chwilę przyszła inna pani, która sprzedawcę zmieniła :)
Ruszyliśmy dalej i raz mi się wydawało, że już tu byłam, a raz kompletnie nie miałam pojęcia, gdzie jestem,  ale wynalazek po drodze  pt.: "pomysłowy Dobromir" i "Polak potrafi" musiałam uwiecznić: świetny patent na własny prąd

W końcu rozpoznałam miejsce, w którym się znaleźliśmy - przełęcz Łaszczowa !!!!!  Przecież w tym miejscu mamy dotychczas największe grupowe zdjęcie bs-owców i wspomnienia tejże wycieczki naszły nas w sposób naturalny. Miejscówa na kasztelanka też wyborna, z czego oczywiście skorzystaliśmy.

A potem pojechaliśmy na spotkanie z tym oto zwierzęciem:

Po drodze Tomcar chciał zażyć spóźnionej kąpieli po ciężkiej nocy, ale Patrycja na szczęście czuwała nad nim.

Wracając do naszego żubra, Pani w sklepie okazał się niezwykłym poczuciem humoru i z szerokim uśmiechem zaproponowała, że możemy żubra poujeżdżać. Więc najpierw ostrożnie, z pewną dozą nieśmiałości Tomek "wziął byka za rogi"...

... a potem na całego .....

Pani sklepowa miała taką zabawę z moich prób zdobycia żubra, że w końcu zaproponowała swój sklepowy parapet, jako drabinę. 
W końcu po świetnej zabawie, przyszedł czas opuścić z żalem żuberka i podążyć w kierunku twierdzy, po drodze robiąc przystanki na krówki. Te "zwierzątka" zawsze przecież wszystkich podnoszą na duchu - proszę jacy zadowoleni:


Na postoju cieszyliśmy oczy pięknymi kolorami jesieni.

I w końcu zaczęliśmy poszukiwania wojsk Napoleona, znajdując ich tu....

i tu......, choć Patrycja szukała jednak czegoś innego :)

i w końcu tu ....


Przy okazji Tomek postanowił zaciągnąć się do wojska, ale najpierw sprawdzał czy warto i czy mają tam odpowiedni dla niego sprzęt.

I jeszcze szybciutko na górę na punkt widokowy i siuup na dół.


A o niespodziance w Bożkowie będzie cicho sza...., bo się wszyscy dowiedzą i rzucą na poszukiwanie skarbu, który pokazał nam Feniks.

Naprawdę rewelacyjny był to wypad - kolejny z cyklu: asfalt nie musi być nudny. Dzięki wielkie i mam nadzieję, że do rychłego spotkania.