Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi ankaj28 z miasteczka Kudowa-Zdrój. Mam przejechane 12818.77 kilometrów w tym 5565.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 11.35 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

2013 r.:
button stats bikestats.pl
2014 r.:
button stats bikestats.pl
2015 r.:
button stats bikestats.pl
2016 r.:
baton rowerowy bikestats.pl

Dzienne odwiedziny bloga:

Moje rowery

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy ankaj28.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

Bikestats

Dystans całkowity:1966.14 km (w terenie 1177.80 km; 59.90%)
Czas w ruchu:170:16
Średnia prędkość:11.55 km/h
Maksymalna prędkość:59.90 km/h
Suma podjazdów:46292 m
Maks. tętno maksymalne:181 (100 %)
Maks. tętno średnie:144 (80 %)
Suma kalorii:27716 kcal
Liczba aktywności:44
Średnio na aktywność:44.68 km i 3h 52m
Więcej statystyk
  • DST 41.60km
  • Teren 35.00km
  • Czas 04:45
  • VAVG 8.76km/h
  • VMAX 36.00km/h
  • Podjazdy 1423m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Śnieżnik

Sobota, 20 sierpnia 2016 · dodano: 09.10.2016 | Komentarze 0

Pierwszy raz w tym roku. 
Zielone szlaki: ze Śnieżnika do Przełęczy Płoszczyna i z Czarnej Góry w kierunku Iglicznej to trudne technicznie cudeńka, z których nareszcie nie boję się zjeżdżać. Te zjazdy + skrót do auta wynagrodziły z nawiązką wkurwa i focha na drugim podjeździe do Hali Pod Śnieżnikiem. Dzięki "chłopcy". :}



  • DST 56.90km
  • Teren 30.00km
  • Czas 04:27
  • VAVG 12.79km/h
  • VMAX 40.00km/h
  • Podjazdy 1417m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Góry Bialskie w dziesiątkę

Sobota, 7 maja 2016 · dodano: 25.05.2016 | Komentarze 0






  • DST 27.30km
  • Teren 25.00km
  • Czas 02:50
  • VAVG 9.64km/h
  • VMAX 35.30km/h
  • Podjazdy 835m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

SG 2/2016: ABCC

Niedziela, 17 kwietnia 2016 · dodano: 24.04.2016 | Komentarze 0

Tym razem na Srebrnej umówiliśmy się z Kubą i Profesorem. Na miejscu oczywiście już były inne ekipy i tylko jeden bus. Jeszcze tak do końca nie jestem przekonana do podwózki - choć z drugiej strony nie mam nic przeciwko - dlatego dwa wjazdy wykonałam na własnych kołach: jeden asfaltowy, drugi terenowy. 
A:
B:
Po drodze musiałam się zatrzymać, bo mi klucze wypadły z plecaka, więc tym bardziej jestem zdziwiona, że wykroiłam dotychczas swój najlepszy czas zjazdu z B. Ale zaczyna mi na tym odcinku przeszkadzać brak umiejętności skakania.
C:
Profesor zjechał ściankę - ja znowu nie! 
C:
Płynnie - pierwszy raz bez żadnych przystanków po drodze - wyszło dobrze.










  • DST 47.50km
  • Teren 35.00km
  • Czas 05:40
  • VAVG 8.38km/h
  • VMAX 40.00km/h
  • Podjazdy 1770m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Rudawy Janowickie

Sobota, 26 września 2015 · dodano: 20.10.2015 | Komentarze 0

Strasznie trudno wrócić do starszych wpisów. Dlatego po szczegóły odsyłam gorąco do wpisu Lei.
Dla mnie to był świetny wyjazd, choć trudny kondycyjnie. Ciągle miałam wrażenie, że podjeżdżamy, a nie zjeżdżamy. Choć zjazdy podobały mi się wyjątkowo. Jak na pierwszy raz to trasa spoko. Zobaczyłam jeziorka, zdobyliśmy Wielką Kopę, Skalnik i zamek Chełmiec, a właściwie jego ruiny. A przede wszystkim spotkała się świetna ekipa na tej trasie: Lea, Kuba, Toomp, Bogdan i ja. Było ekstra i dzięki wszystkim za tą wycieczkę.
















  • DST 43.50km
  • Teren 35.00km
  • Czas 04:10
  • VAVG 10.44km/h
  • VMAX 35.00km/h
  • Podjazdy 1200m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Strefa mtb Osówka

Sobota, 19 września 2015 · dodano: 24.09.2015 | Komentarze 0

Jak przestępca wróciłam na miejsce przestępstwa, czyli na Rybnicki Grzbiet. 1 czerwca 2014 roku było panicznie.

A tym razem?
Lepiej.
Ataku paniki nie było.

Za to był 36%-wy wpych

i 29%-wy zjazd

Byli Ania i Zbychu:

I był Bogdan

Zawitał też Tomasz

A mnie wkurzały niechciane telefony, które trzeba było odbierać. I mieć pretekst do niejechania po wąskim zboczu. :)


I były też głupoty na Stravie, której nie wiadomo jakim cudem wydało się, że to ja najszybciej pokonałam Rybnicki Grzbiet.  Hahahaha.

A najlepiej atmosferę dnia prezentuje Ania poniżej



  • DST 32.00km
  • Teren 29.50km
  • Czas 04:08
  • VAVG 7.74km/h
  • VMAX 42.00km/h
  • Podjazdy 1380m
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Poplątany BS-owy Śnieżnik

Niedziela, 13 września 2015 · dodano: 14.09.2015 | Komentarze 2

Po pieszej sobocie przyszedł czas na rowerową niedzielę.
Trochę poplątaną i skomplikowaną, ale ekscytującą i pełną pozytywnych emocji.
Zaznaczam, ze wielu osobom podkradłam zdjęcia i wszystkim za nie dziękuję.

Opis dojazdu grup kłodzkiej i bystrzycko-wrocławskiej sobie daruję, bo to właśnie było skomplikowane i żal lekki, że dojazdy ustawione pod grupę b-w nie przyniosły efektu w postaci wspólnego pedałowania, a obsuwa czasowa poplątała potem wszystkim plany.

Za to zdarzyło się kilka przesympatycznych niespodzianek. Pierwszą z nich spotkaliśmy już w Międzygórzu, gdy ujrzeliśmy laskę podobną do Beatki, która okazała się .... Beatką. Ona z kolei była ogromną niespodzianką dla Bogdano - męża swego. Kolejna niespodzianka to Tomek S. docierający do nas samochodem, a także Ryjek z Iwonką i Anią na Śnieżniku. Co prawda  grupka piesza naczekała się na nas okrutnie na Hali pod Śnieżnikiem, ale spotkanie  było przesympatyczne.

Dla mnie i Bogdana początek trasy to Międzygórze, gdzie czekał też Kuba - przygotowany już na zjazd:

Dojeżdża też Tomcar ...

... i w oczekiwaniu na grupy dojazdowe robimy sobie małą pętelkę czerwonym pieszym szlakiem, żeby posmakować terenowego zjazdu.


Zjeżdżamy do parkingu akurat na czas, czyli pitstop pozostałej ekipy:



Jeszcze rzut oka na odjeżdżającą grupę b-w i w zasadzie to tyle miałam przyjemności tego dnia z ich towarzystwa.

Ruszyliśmy i my do góry.
Proszę, jak się Bogdan rozpromienił na mecie, na widok swojej połóweczki - dobrze, że Ryjek tam był z aparatem, bo pięknie uchwycił moment jego zaskoczenia. A mówią, że takie niespodzianki nie są najlepsze. I proszę :)

A z takim uśmiechem na ustach wtoczył się na drewnianych nogach Bogdan. Musiało gdzieś wyjść zmęczenie MASAKRĄ z dnia poprzedniego (115 km i 3500 w pionie) i ja o ile w ogóle bym się ruszyła na takie wariactwo, to chyba potem przez tydzień by mnie reanimowali. A ten? Troszkę tylko wolniej niż zwykle wjechał pod górę, jakby nie miał za sobą Specialized Rallye Sudety 2015.
Nie mam pytań.

Reszta grupy też dotarła.

Nasiadóweczki nikt nie mógł sobie odmówić:


Przystanek na papu, to też intensywne zastanawianie się, co kto gdzie i jak pojedzie? Ostatecznie Bogdano i Mariusz obrali kierunek na Żmijowiec, po grupie b-w zostało tylko wspomnienie, Ryjek z rodziną pomknęli zdobywać szczyt i my w końcu również obraliśmy ten kierunek. Grupka już nam się lekko skurczyła.
No to zaczynamy wpych na szczyt. Choć oczywiście byli tacy, co jechali (Bogdan na pewno, ktoś jeszcze? bo nos miałam na kamieniach i nie przyuważyłam)



I w końcu jest!!!! Tomcara należy wypatrywać na szczycie kamieni. :)

Początek zjazdu ze Śnieżnika.... Na pierwszy ogień EMI, potem Kuba i w kolejce następni.
Gratuluję czasu zjazdu Emi, to nie było byle co. Ale przez to oczywiście nie ma fotek.

i jego końcówka - po drodze z małą glebą i podpórką. Warto czasem jechać na końcu - przynajmniej się człowiek na fajną fotkę załapie. Dzięki Emi.

Zjazd z powrotem pod Halę to też snake Radzia i kolejne rozstanie z częścią grupy. Emi, Kuba i Radzio wybrali czerwony szlak do Międzygórza, Tomcar pocisnął szutrem do auta, a Tomek, Tomek, Artur, Bogdan i ja skierowaliśmy się na Czarną Górę przez Żmijowiec.
Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę na Skałach Puchacza i pomknęliśmy w piątkę dalej.


A potem miał być kolejny wpych - na Czarną Górę - i był tyle, że Bogdan się z ekipy wyłamał i wziął sobie wjechał. Buuu.



Za to na szczycie i wieży pitstop i pogaduchy...



W końcu i ja wlazłam na górę.

No i zjazd zielonym szlakiem do Iglicznej. Naprawdę wspaniały, wymagający zjazd, zakończony na Iglicznej.










Huraaaa! Daliśmy radę.
Tutaj znowu rozstanie i chłopaki jadą dalej żółtym szlakiem w kierunku Bystrzycy, a my w przeciwną stronę do Międzygórza. Pamiętam zeszłoroczny zjazd tym szlakiem. Tym razem poszło o niebo lepiej.

Dziękuję wszystkim za cały BS-owy weekend. Do następnego.




  • DST 44.00km
  • Teren 30.00km
  • Czas 03:30
  • VAVG 12.57km/h
  • VMAX 49.00km/h
  • Temperatura 35.0°C
  • Podjazdy 800m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Pstrągi i łatki, czyli wyprawa detektywistyczno-kulinarna

Sobota, 8 sierpnia 2015 · dodano: 09.08.2015 | Komentarze 2

Muszę znowu pooszczędzać kolano, więc dojazd do Zieleńca zafundowałam sobie cyklobusem. Bogdan wybrał dojazd rowerowy, tak jak i Ania z Tomkiem. Stąd każde z nas będzie miało zupełnie inny dystans i przewyższenia z tej samej wycieczki.

A w oczekiwaniu na resztę ekipy:


Miejsce zbiórki.


W końcu docierają:


Ruszamy razem na pierwszą posiadówkę tego dnia - Orlicę.

Dokonaliśmy wpisu w księgę pamiątkową, wznieśliśmy toast za spotkanie, ze śmiechem odmówiliśmy Czeszce sprzedaży piwa (z powodu jego braku) i ruszyliśmy w kierunku czerwonego zjazdu do Oleśnic. Na bicie rekordów prędkości w  zjeździe dziś się nie nastawialiśmy, ważniejsze były wrażenia Ani i Tomka ze zjazdu.





Zaliczamy Ostrużnik i uwieczniamy to zdarzenie .......

.....choć  nie wszyscy tego chcą. Hihihi

Więc fota z tajniaka:

Docieramy do łąki nad Oleśnicą, która baaardzo przypomina Machowskie Konciny. I tak samo świetnie się po niej leci.

Ania za szybko zjechała za Bogdanem, więc na fotkę "w locie" nie zdążyła się załapać. Za to my z Tomkiem owszem.

Wysuszone przez temperaturę gardła pragnęły pi.....cia, więc w Oleśnicy odbyły się poszukiwania wodopoju - niestety bezskuteczne. W związku z tym, pocisnęliśmy do Lewina, zaliczając po drodze ciekawostki:
Obrazarnia - tak się to nazywa. Jak ktoś ma fantazję, pustą ścianę w domu i kasę, to  może się zaopatrzyć w jakiś widoczek.

Kawałeczek maratonu Sudety MTB challenge, ostatnio przez nas odkryty i bardzo ciekawy, jako nieasfaltowy dojazd do Lewina.

W końcu wodopój się znalazł i na rynku w Lewinie zrobiło się całkiem przyjemnie. Nasiadóweczka numer dwa.

Powrót na żółty szlak do Jawornicy, w kierunku Zielonego Ludowego, imienia zgubionej Ani i po podjeździe.....
Nasiadóweczka numer trzy:

No i zaczął się podjazd oraz początek przymusowej nasiadóweczki numer cztery, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy.

A początek zaczął się od ....... ssssssyk, czyli znajomy już od dłuższego czasu dźwięk zwiastujący pompowanko. To był też początek dochodzenia detektywistycznego, co jest nie tak z tylnym kołem w Nervie.
Na szczycie Ludowej już nie dało rady jechać, więc stop. No, w takim miejscu to ja jeszcze nie robiłam nasiadówki, więc? Więc zostaliśmy ciekawostką na krajowej ósemce. A panowie zmienili się w detektywów i zaczęli poszukiwania przyczyny zbyt częstych ostatnio kapci.

Po założeniu dwóch łatek na dętkę i trzeciej na przeciętą oponę w końcu winowajca się znalazł: zagięta taśma na obręczy koła - to ona cięła każdą gumę, jak popadnie. Opona to już inna sprawa.

No i gdy już posiedzieliśmy, popracowaliśmy (hihi - niektórzy), czas w drogę. I najlepsze jest to, że po przejechaniu kilku kilometrów wszyscy zrobili się na tyle głodni, że pstrągi w Herbergerówce nie mogły zostać przez nas pominięte. Więc? Więc przystanek numer pięć.

I tu zdjęcia mi się skończyły - może pożyczę od Ani i Tomka, jak już je zamieszczą. :)

Mniej więcej zaczęliśmy wracać na szlak, pokazywany przez tracka ryjkowego i ze Słoszowa obraliśmy terenowy kierunek na Sekstans.


Tutaj nasze drogi znów się rozjechały i my z Bogdanem pomknęliśmy w stronę domu przez Karłów - ja do końca asfaltem, Bogdan jeszcze przez czerwony szlak z Lelkowej.

Udana i wesoła była to wyprawa i cieszę się niesamowicie z tego spotkania. W sumie dobrze, że było więcej pitstopów, bo jadą ciągiem nie wiem, czy moje kolana by wytrzymały. Ale teraz będzie chwilowa przerwa od jeżdżenia. Nie w smak mi to, ale trudno.





  • DST 25.00km
  • Teren 21.00km
  • Czas 03:16
  • VAVG 7.65km/h
  • VMAX 35.30km/h
  • Podjazdy 1100m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Srebrna Gòra A1 - C - B. W piątkę.

Środa, 22 lipca 2015 · dodano: 09.08.2015 | Komentarze 1

Całe szczęście, że na ten wyjazd umówiliśmy się z Kubą, Feniksem i Tomkiem, bo pewnie znowu ani jednego zdjęcia by nie było.
A tak proszę. Są. Wszystkie autorstwa Feniksa i bardzo mu za nie dziękuję.

Trasy, jak to na Srebrnej Górze - jest ich pięć i od wielu czynników zależy, ile za jednym zamachem da się ich objeździć. Tym razem mi wyszło trzy. Hmmm, jakby innymi razami było inaczej. :) Ale nowością była trasa C, bo tą akurat jechałam pierwszy raz.

Dla Feniksa i Tomka strefa mtb w SG to nowość i cieszy mnie fakt, że przeżyli i nas nie zabili.


I outsider na podjazdach też w końcu dociera do celu.

A oto i autor wszystkich fotek tego dnia.


A1 początek - kiedy ja to w końcu zjadę?




Muszę tu zwrócić uwagę na mistrza drugiego planu, boska poza Kuby.


I Tomek:



Było rewelacyjnie, śmiesznie i strasznie. Więc wielkie dzięki jeszcze raz chłopaki.
Najpierw zgubił się garmin, potem strava, więc mapka tym razem dziwna.


  • DST 71.60km
  • Teren 20.00km
  • Czas 04:40
  • VAVG 15.34km/h
  • VMAX 45.00km/h
  • Podjazdy 1155m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Pasterka-Grodziec-Cihalka

Niedziela, 19 lipca 2015 · dodano: 23.07.2015 | Komentarze 0

No, wreszcie konkretniejszy dystans tego roku.
Potowarzyszyliśmy w tej wycieczce Ani i Zibiemu, którzy robili kilkudniowy objazd Kotliny.
I choć asfaltu było wiele tym razem, to dla terenu też się miejsce znalazło.











  • DST 34.00km
  • Teren 34.00km
  • Czas 04:24
  • VAVG 7.73km/h
  • Temperatura 42.1°C
  • Podjazdy 1370m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Śnieżnik on-sight

Niedziela, 5 lipca 2015 · dodano: 13.07.2015 | Komentarze 1

Tomek dał nam pretekst do odwiedzenia po raz pierwszy w tym roku Śnieżnika. Uparł się, żeby wystartować w uphillu, więc....? Pogodę zapowiadali masakryczną, czyli jakieś 100 stopni w cieniu, ale kogo by to zraziło? Nie nas. No i nie Artura.

Jako kibice musieliśmy na Halę pod Śnieżnikiem dotrzeć przed zawodnikami, a najkrótsza droga z Międzygórza prowadziła szutrowym podjazdem pożarowym. No trudno. Daliśmy radę. 6 kilosów i już byliśmy na mecie - przed zawodnikami.


I w końcu nadejszła wiekopomna chwila, oczekiwana i oklaskiwana przez stado kibiców. Nadciągnął Tomasz, jak huragan....

A niedługo po nim nieoczekiwany uczestnik uphillu ....... Greger.

Chłopaki wypoczęte, w końcu nie trzasnęli przecież ani 12 ani 50 kilometrów, więc co?
Więc wjeżdżamy na szczyt, w końcu jest na wyciągnięcie ręki.

No dobra wpych mile widziany.

A na szczycie?

Tańce godowe.....


Wiśnióweczka.....

Musztra.......

uzbrojenie i plany morderstwa kilku uczestników, którzy za szybko wepchnęli się na szczyt.

W końcu prowadzimy niewiniątka na rzeź.
Lajtowy przejazd zielonym granicznikiem znaliśmy tylko z opowieści z Narni, czyli od Zibiego i Ani, więc poczuliśmy ducha zawodów enduro i on-sight pomknęliśmy OS-em. Hahaha.

Tyle, że przewodnicy też nie wiedzieli na co piszą siebie i ekipę, więc na początek mała zachętka, za którą "Karol" ....

ucałował ziemię ... tę ziemię !!!

Bogdan się zawstydził swoim słabym przygotowaniem techniczno-sprzętowo-ochronnym, więc postanowił nie robić siary i oddalił się od grupy tempem strusia pędziwiatra.
Zresztą chłopaki  też postanowili puścić wodze fantazji i dla lepszego efektu pościągali swoje ochraniacze - w końcu jak szaleć, to na całego.
A mnie ciągnęło raz w jedną, raz w drugą stronę, czyli raz goniłam Bogdana, a raz sprawdzałam, czy za mną wszyscy są cali.



Szczególnego ducha w temacie enduro poczuł Greger na super przygotowanym do takiej jazdy rowerze. Szacun głęboki. :)



Tomek ducha zawodów utrzymał do samego końca - w sumie to miał zdążyć na rozdanie nagród w Międzygórzu, więc nie było potrzeby ściągać numeru startowego. Jak walczyć, to do końca. :)



W końcu na Przełęczy Płoszczyna wszystkim buzie się ucieszyły na widok zabawek i cudownie pachnącego obiadu. Przeeepyyyszne  było mięsiwo, a najlepsze to to najbardziej tłuste. Pychotka. Drzemka była wskazana.



W drodze powrotnej do Hali inicjatywę przewodniczą przejął Greger, który stwierdził tylko, że to długo. Oczywiście długo w jego wydaniu oznaczało baaaardzoooo długo. Ale Artur dzielnie dotrzymywał damie towarzystwa, gdy trzej muszkieterowie pomknęli na swych rumakach w siną dal, szukać wodopoju. Chyba, że to była wersja dla mnie :)



Na rozdrożu pod Halą nastąpiło jednakże rozstanie ze świętą trójcą, która odczuła zdecydowany brak ducha enduro i pomknęła szutrem w poszukiwaniu wspomagaczy tego ducha.

A my?
A nam szkoda było zdobytej wysokości na jazdę w dół szutrem i czerwony pieszy przywołał nas do siebie w sposób zdecydowany.
Pamiętałam go z pieszych wycieczek i to pod górę, więc przejazd nim był naprawdę na żywca. Zwłaszcza początek był mocny i zaskakujący. Korzenne uskoki (które można objechać górą - i następnym razem tak zrobię), kamieniście, wąsko, ze stromym zboczem z lewej strony. Dłuuugi zjazd. Myślę, że około 10 kilometrów tej radości było.

A już ostatni odcinek to po prostu istna perełka.
Musiałam mocno pokonywać swoje lęki przed nachyleniami, szukać ścieżki między drzewami, wyciągać ręce daleko od kierownicy i poczuć dupsko na oponie.
WOOOW.








Nogi po zjeździe mi się trzęsły - czyli było git. Adrenalina przepłynęła przeze mnie rzeką.