Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi ankaj28 z miasteczka Kudowa-Zdrój. Mam przejechane 12818.77 kilometrów w tym 5565.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 11.35 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

2013 r.:
button stats bikestats.pl
2014 r.:
button stats bikestats.pl
2015 r.:
button stats bikestats.pl
2016 r.:
baton rowerowy bikestats.pl

Dzienne odwiedziny bloga:

Moje rowery

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy ankaj28.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

Masyw Ślęży

Dystans całkowity:116.10 km (w terenie 110.90 km; 95.52%)
Czas w ruchu:12:28
Średnia prędkość:9.31 km/h
Maksymalna prędkość:39.30 km/h
Suma podjazdów:4180 m
Maks. tętno maksymalne:181 (100 %)
Maks. tętno średnie:132 (73 %)
Suma kalorii:808 kcal
Liczba aktywności:4
Średnio na aktywność:29.03 km i 3h 07m
Więcej statystyk
  • DST 25.10km
  • Teren 25.10km
  • Czas 03:08
  • VAVG 8.01km/h
  • VMAX 35.20km/h
  • Podjazdy 900m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Ślęża zjadła garmina

Niedziela, 16 sierpnia 2015 · dodano: 17.08.2015 | Komentarze 3

Mój dystans w terenie systematycznie idzie w górę i powoli zbliżam się do 60% jazdy w terenie z ogólnie przejechanego dystansu. Ślęża powiększa te proporcje w sposób szczególny, bo tu nie ma przeproś - 100% terenu i 80% wyrypy.
A takie są jej skutki:

I w tym miejscu  można by było stwierdzić, że Ślęża chciała mnie zjeść, ale na szczęście zatkała się tylko garminem... i paroma siniakami. Tak zakończył się mój zjazd czerwonym szlakiem ze schroniska. I szkoda, że aparat był u mnie w plecaku, bo fotka z mojego przepięknego lotu nad kierą na pewno by powaliła na kolana ze śmiechu.

Zaliczyliśmy w trójkę Radunię - tak na rozgrzewkę. Na miejscu spotkaliśmy piechurów w osobach Emi i Radzia oraz pana, który wyglądał jakby zbłądził w drodze do biedronki.

Na szczycie chwilowy pitstop i w drogę. Trzy hopki z Raduni Kuba i Bogdan oczywiście zjechali - ja nie. Ja posadziłam pupę na siodełko, a właściwie na oponę zaraz za nimi. I zjechałam, zaliczając na końcówce pierwszą obsuwę. Ale stromizna, która poprzednio stanowiła tu dla mnie duży problem pokonana, więc jest sukces. Nachylenie: -26,4%, spadek: 60 m, odcinek: 0,2 km, czas przejazdu: 6:59. Gdyby nie wykładka, pewnie byłby lepszy. Poprawimy następnym razem. :)

Następny punkt programu do zaliczenia: szczyt Ślęży od przełęczy Tąpadła. Postanawiam powalczyć z sobą i wjechać go w całości, bez przystanków. Czas nie ma znaczenia, wytrzymałość na podjeździe mnie obchodzi. Udaje się - docieram tam ciągiem. Czas przejazdu: 35 minut. Masakra, ale jestem zadowolona.
Na szczycie oczywiście oczekuje już Bodzio:

I ja - zadowolona, że dotarłam "na raz".

oraz Kuba

O czerwonym ze Ślęży już wspomniałam, więc dodam jeszcze, że po złym wyborze ścieżki, zaliczyłam jeszcze jedną - nie tak efektowną glebę, więc się chłopaki na dole jednak troszkę naczekali na mnie, Ale jak już wjechałam w ich pole widzenia to z przytupem, a właściwie przelotem. Dalszy czerwony zjazd odbył się już bez problemów.

Kolejny punkt do zaliczenia, to oczywiście Wieżyca - podejście i zjazd. W przypadku Bogdana podejście, to oczywiście podjazd. A przy wieży bez pitstopów, bo zbyt długie zastanawianie się źle wpływa na poziom odwagi w organiźmie, więc czasu nie ma żeby taczki ładować tylko na dół, na dół. Zastanawiałam się czy ja to wcześniej zjeżdżałam, no i już po pierwszych metrach przypomniałam sobie, że nie!!!!! Nie myśl, nie myśl, nie myśl - jedź. Wbij sobie do głowy rady chłopaków i jedź szybciej, nie hamuj tak bardzo, puść hamulce. PRZEŻYJ  !!!! Przeżyłam, zjechałam, w schronisku spadłam z roweru tak mi się nogi i ręce trzęsły.

Te 400 metrów z  -24,3% nachylenia i spadkiem wysokości o 99 m zjechałam w czasie 4:25 i z pewnością długo to będzie moim rekordem życiowym. Do Kuby (2:13) i Bogdana (2:26) nawet nie będę próbowała doskoczyć, bo to już zbyt ryzykowne dla mnie. Oni sfrunęli stamtąd, jak po asfalcie - szacun.
Powrót na Przełęcz Kuba ustalił czarnym szlakiem - z małym zboczeniem na górkę. A po drodze Bogdan postanowił nadrobić kilometrów, bo mało mu było i karnął się po podręczną pompeczkę do auta. My w tym czasie urządziliśmy sobie miły spacerek ze żmijami w tle.

A na koniec Kuba pokazał nam jeszcze jeden smaczek - czyli OS1. Oj się tam działo. Walczyłam dzielnie na zjeździe, ale kilka podpórek zaliczyłam. Ale ściankę tylko obejrzeliśmy - to następnym razem :):)



Czyli do następnego - może już w pełni rowerowego spotkania. I tylko garmina żal.


Kategoria Masyw Ślęży


  • DST 27.00km
  • Teren 26.00km
  • Czas 03:15
  • VAVG 8.31km/h
  • VMAX 32.50km/h
  • Podjazdy 1130m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Ślężańskie enduro

Niedziela, 12 kwietnia 2015 · dodano: 01.05.2015 | Komentarze 0

Drugie w tym roku spotkanie ze Ślężą. Oraz kolejne z Emi i Kubą.
https://connect.garmin.com/activity/753945764

Tym razem ekipa zebrała się większa, a na szczycie Ślęży nawet jeszcze większa - pozdrawiam w tym miejscu kolegów: Hermana, Łukasza i Piotrka. Podobnie, jak poprzednio średnio ogarniam trasę, po której jeździmy. Na wykresie mapy wyszło kilka pętelek, więc tym bardziej ciężko mi to w szczegółach opisać.

W każdym razie:
- dwa razy podjeżdżamy  na Ślężę,
- jeździmy OS-ami enduro,
- zjeżdżamy czerwonym szlakiem ze Ślęży - chyba nie jednym
- ujeżdżamy Radunię, tzn.: Bogdan dosłownie ujeżdża ją pod górę, reszta zjeżdża z uskoków, a ja ich uwieczniam
- Emi łamie palca, o czym dowiaduję się dopiero kilka dni później
- na dystansie 27 km robimy 1200 m w pionie i 99% w terenie, więc to już jest naprawdę spora wyrypka.

I nie będę inna - też dodam filmik z sukcesami Kuby, Bogdana i Emi. Jest się na kim wzorować, więc proszę podpatrywać i podziwiać.

A tu również fotorelacja:
Podjeżdżamy na Ślężę:



Kolega Vasco pokazuje, jak to się robi. Przy okazji robi nam mały wykład na temat ochraniaczy. Przyznaję mu rację i od tej pory poważnie się nad nimi zastanawiam.

I mi też szło pięknie.....

..... do czasu
Gleba nr 1

Gleba nr 2



Widoki też były piękne:


Normalnie mamy takie zdjęcia w dół, a ten wariat podjął próbę ujechania Raduni w górę. I UDANĄ PRÓBĘ!!!! BRAWO!!!!

Początek uskoków z Raduni - dla mnie jeszcze noszenie roweru. Dla reszty jak najbardziej zjeżdżalne.



Powstający w tym miejscu filmik chyba w końcu nie ujrzy światła dziennego, dużo przy nim roboty.


Drugie podejście do Ślęży było dla mnie prawdę mówiąc lepsze, niż pierwsze, bo poza najbardziej stromym odcinkiem, pozostałą część wjechałam. Ale na górze padłam.

Zjazd tym razem na odblokowanych amorach, choć przez pieszych turystów nie był najprostszy na świecie.





  • DST 22.80km
  • Teren 21.80km
  • Czas 02:44
  • VAVG 8.34km/h
  • VMAX 37.30km/h
  • Kalorie 808kcal
  • Podjazdy 950m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Ślęża

Sobota, 28 marca 2015 · dodano: 01.05.2015 | Komentarze 0

Trochę ciężko po miesiącu od wyjazdu robić wpis ze szczegółowym opisem każdego odcinka. Dlatego zainteresowanych szczegółami odsyłam do relacji uczestników tej akcji: Cerbera27 i Lei. A także do trasy na mapie: https://connect.garmin.com/activity/732132592

Pozdrowienia ze Ślęży - niebanalnej, trudnej, kamienistej, z technicznymi zjazdami i singlami, no i podjazdami, które ciągle sprawiają mi trudności. Pewnie w tym roku będę do niej częściej zaglądać.

A oto kilka ważnych faktów, które pamiętam:
1. Start w Sulistrowiczkach, gdzie odbywały się zawody enduro, na których Bogdan przetestował CANYONA STRIVA:

2. Nowy nabytek Emi - piękny

3. Radunia i próby nie zabicia się na niej






4. Totalna gleba na singlu

5. Wjazd na Ślężę i zjazd czerwonym kamienistym szlakiem, a potem Wieżyca (zdaje się?)

Za to ten zjazd doskonale pamiętam, bo na dole okazało się, że zrobiłam go na zablokowanych amorach. Wszyscy się pośmiali, po czym okazało się, że nie tylko ja tak miałam. hahahha.





6. Zjazd do Sulistrowiczek przez część odcinka OS1 zawodów

Dzięki wszystkim za ten wspólny wypad.



  • DST 41.20km
  • Teren 38.00km
  • Czas 03:21
  • VAVG 12.30km/h
  • VMAX 39.30km/h
  • HRmax 181 (100%)
  • HRavg 132 ( 73%)
  • Podjazdy 1200m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Wzgórza Oleszeńskie - Radunia - Ślęża -

Sobota, 31 maja 2014 · dodano: 08.06.2014 | Komentarze 1

Niewysoko, niedaleko, nieciekawie?

Wszystkie odpowiedzi na nie !!!!

388 mnpm - Przełęcz Tąpadła
573 mnpm - Radunia
717 mnpm - Ślęża

Te trzy punkty to takie odnośniki dla mnie, które wiem gdzie są i gdzie byliśmy, ale wszystko, co pomiędzy z nazw jest słabo przeze mnie przyswojone. Dlatego polecam relacje pozostałych uczestników, których tym razem nie było aż tak dużo (w porównaniu do Bardzkich):
1. Miejscowi czyli: Emi, Kuba, Andrzej, Kuba  i kolega, który w sumie błyskawicznie zaginął w akcji
2. Zamiejscowi czyli: Artur, Bogdan i ja
3. Kolega, którego imienia nie wolno wymieniać
4. No i na koniec nasza największa niespodzianka tego dnia czyli kolejni zamiejscowi: Ania i Ryjek - na ich widok radość zapanowała powszechna, co nie omieszkano uczcić odpowiednim toastem (bez fotki, bo jest na nim ten, którego imienia nie wolno wymieniać)

Rozpoczynamy naszą niesamowitą podróż.

A oto delikatna wymiana zdań między mną a Ryjkiem na temat: to jednak wracamy z Anią, bo nam się nie podoba :) Ania i Emi spokojnie oczekują na wynik walki. Panowie jednak nie wytrzymali i biegli na pomoc Ryjkowi. :)
Ciekawe, że wszystkie trzy możemy mu się pod wyciągniętym ramieniem schować.

Na rozruch i podpuchę Emi wystartowała nas najpierw po płaskim terenie - żeby nam zrobić małą rozgrzeweczkę przed podjazdami

Przejechanie Wzgórz Oleszeńskich miało zostać zakończone zdobyciem Raduni i to był mocny punkt programu. Najpierw lekko, łatwo i przyjemnie, potem hopki, małe, krótkie i wykańczające co słabszych (czytaj: mnie), a potem przepięęęęękny singiel prowadzący na szczyt Raduni. No cudnie po prostu.
Przystanek przed hopką - mam trochę trudny wybór w zdjęciach, ze względu na Pana, którego imienia nie wolno wymieniać, ani pisać:





Przerwy po drodze owszem były:
Ania dostarczała sobie z uśmiechem na ustach czystej energii:

Ryjek kontemplował w samotności:

Kuba poszukiwał zagubionej śrubki, a Bogdan wysłuchiwał wykładów profesorskich o jakichś technicznych pierdołach

My z Arturem postanowiliśmy pobawić się w gierki telefoniczne

Emi postanowiła wrócić po zagubioną część stada i wróciła sama - okrojona ekipa w postaci Kuby i Andrzeja dogoniła nas ostatecznie na Raduni.

Ale nawet, jak momentami było trudno, to Ania pokonywała to z uśmiechem - tylko podziwiać i brać przykład.

A oto najpiękniejszy fragment tej części trasy:

(fot. powyżej i kilka w dół: Ryjek)
Popasaliśmy więc troszeczkę, nacieszyliśmy oczy widokami.... (trudno: Pana kinww nie dało się wyciąć :) sory)

..... i dla hardcorowców w tym miejscu zaczął się jeden z  najciekawszych dla nich  fragmentów, bo zjazd z Raduni na złamanie karku z prędkością światła:





A grupa tych, którym życie miłe trawersująco, przyjemnie, choć niecałkiem lajtowo spłynęła rowerami dookoła. Jednak w którymś momencie Kuba drugi zmotywował mnie do zjechania w pewnym momencie na skróty przez las i jestem mu za to ogromnie wdzięczna, bo było naprawdę super.
W końcu dotarliśmy z powrotem na Przełęcz Tąpadła, gdzie okazało się absolutnie koniecznym uzupełnienie płynów w organiźmie przed okrutnym wjazdem na Ślężę. Ryjek oczywiście zadośćuczynił tradycji i podjął się - dla dobra grupy - roli krytyka kulinarnego.


No i zaczęło się powolne dobijanie owiec, czyli wjazd na Ślężę. Dobrze go zapamiętam, mimo iż wjechałam go prawie w całości. Spadłam z siodełka dopiero na kostce brukowej, gdy tylne koło mi się pośliznęło. Ale tempo z jakim wjeżdżałam mogło przyprawić o ból głowy nawet ślimaka. Niemniej jednak jestem zadowolona, że w ogóle dałam radę. Sukcesik mały jest.
Zasłużyłam na odpoczynek na tronie:
I przez chwilę mogłam też się poczuć, jak celebrytka w świetle reflektorów, z drugą celebrytką.:)

Niestety szybko zostałam sprowadzona do parteru, gdy przeznaczone mi zostało pilnowanie stada, czyli całego naszego sprzętu jeżdżącego, podczas gdy orszak podążył na wieżę. A tak naprawdę na wieże widokowe, na które trzeba się wspinać, z zasady nie wchodzę, więc rolę bacy wyznaczyłam ja sama.

No i znowu po odpoczynku zaczął się zjazd - dla jednych cudowny, dla innych mniej. Na tym zjeździe znowu dołączyłam do kolekcji kilka nowych siniaków na nodze - jeden całkiem spory. Więc ja się podpiszę pod tym, co napisał Ryjek, że to najmniej fajny kawałek trasy, niemniej jednak ciekawy i gdyby tylko spróbować jeszcze ze dwa razy, to pewnie w końcu bym go zjechała. Czyli jest po co wracać.

Dojechaliśmy do Wieży ciśnień i ponieważ wariatów w naszej ekipie nie brakuje grupa B postanowiła ją objechać i zrobić sesję zdjęciową grupie A, bo być może to nasze ostatnie spotkanie mogło być.
A oto sesja - fotki ukradzione od Ryjka:




Potem zjechaliśmy na dłuuugi popas i napitek, po czym zarządzony został odwrót do domów.
To była jedna z fajniejszych wycieczek z ekipą. 95% terenu, co uprawnia do tego, aby przejechany dystans potraktować x2, super niespodzianki (Ania i Ryjek), nowi wspaniali ludzie (pozdrawiam Kubę drugiego i Andrzeja brata Emiliowego) i czekam aby tam jak najszybciej wrócić.