Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi ankaj28 z miasteczka Kudowa-Zdrój. Mam przejechane 15346.55 kilometrów w tym 5565.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 11.13 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

2013 r.:
button stats bikestats.pl
2014 r.:
button stats bikestats.pl
2015 r.:
button stats bikestats.pl
2016 r.:
baton rowerowy bikestats.pl

Dzienne odwiedziny bloga:

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy ankaj28.bikestats.pl
  • DST 53.00km
  • Teren 45.00km
  • Czas 04:54
  • VAVG 10.82km/h
  • VMAX 40.80km/h
  • Podjazdy 1560m
  • Sprzęt Lycan
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Śnieżnik-Kralicki Snieznik-Śnieżnik

Środa, 13 sierpnia 2014 · dodano: 17.08.2014 | Komentarze 3

Celem drugiego dnia wyprawy był Kralicky Śnieżnik i Navrsi - polecane przez Anię.
Zapowiedzi pogodowe na ten dzień nie były jakieś szczególne, ale najważniejszą informacją było, że padać ma dopiero ok. 14 godziny. Czyli wniosek jeden:  im szybciej wyjedziemy, tym dalej dojedziemy w stanie suchym. Rowerów czyścić jeszcze nie ma potrzeby, śniadanie (hmm) szybko wciągnięte, plecak tylko jeden i to nie przeze mnie noszony. Jest cudnie -  w drogę.
Najpierw kierunek: Jodłów - niebieskim szlakiem.

Są hopki, są kamienie, korzenie, kałuże i są przepiękne widoki. Jest również dłuuuugi 7-kilometrowy zjazd do Jodłowa. Dłonie trochę bolały pod koniec To chyba gdzieś na tym zjeździe zrobiłam maxspeed dnia 40,8 km/h. Zaczęło się też robić ciepło i chmurki się rozeszły.


Bodzio posiada niestety tylko zdjęcia statyczne - gdyby chciał oddać aparat może miałby dynamiczne. :)

Tam niedługo będziemy, ale najpierw od Jodłowca musimy się przedostać różnymi hopkami na czeską stronę.


Po chyba 4 km asfaltowej drogi dojechaliśmy do miejsca, w którym przez łąkę i wąziutkie ścieżynki trzeba zjechać kilometr w dół i ok. 100 m w pionie, po to żeby zacząć wdrapywanie się i potem trawersowanie przez Kralicky Śnieżnik, a poniżej miejsce, w którym skrót się zaczyna.

Nie wszystko dało się przejechać, prawie na samym końcu łączki zrobiło się błoto, bardzo śliskie kamienie i jakaś mała rzeczka.


I gdy już wyluzowani i zadowoleni podjeżdżamy do właściwej drogi... okazuje się, że na całej (6 km) trasie trwają prace budowlane, a tłuczeń i niesort wraz z ciężkim sprzętem to w chwili obecnej norma na Kralickim. No co za niefart, nie mogli tego robić w październiku chociaż? Bogdan dzielnie się przebijał przez te hałdy na rowerze, a mi po kilku kolejnych siniakach na nogach nie pozostało nic innego, niż przemieszczanie się na własnych odnóżach.

Zanim wsiadłam z powrotem na rower, przespacerowałam sobie jakieś 3 kilosy. Wyżej ciężki sprzęt rozgniótł niesort i zrobiło się w miarę przejezdnie, ale zdecydowanie nie był to asfalt, stąd proporcje terenowo-asfaltowe w tym dniu zdecydowanie zostały przechylone na stronę terenu.



Dojechaliśmy w końcu do źródełka, w którym Bodzio z całą ekipą BS-ową też tankował, a potem do chatki przed stacją narciarską, do której też zawitaliśmy na coś ciepłego i mokrego.


A w tle widać wieżę na Trójmorksim Wierchu.

Potem naszym celem było oczywiście Navrsi i z dojazdu do chatki najbardziej podobal mi się zjazd żółtym szlakiem, który nie był jakoś specjalnie trudny technicznie, za to był niemal pionowy i pupkę trzeba było mocno za siodło wystawić, żeby nie przelecieć przez kierownicę. W końcu my i nasze rowery...

dotarliśmy na obiad i zasłużony odpoczynek.

A najbardziej ucieszył Bodzia widok gniazdek elektrycznych, z których natychmiast skorzystał, bo po doświadczeniach w schronisku każde doładowanie telefonu było na wagę złota.


Postanowiłam uwiecznić również mapę, którą Bogdan namiętnie studiował, bo to już raczej jej ostatnie chwile, niedługo po niej wspomnienia tylko zostaną.


Powrót na Śnieżnik upłynął pod znakiem mgły, deszczu i sprawdzających się prognoz - choć odsuniętych w czasie o jakąś godzinę. Gdzie się dało jechaliśmy, mimo iż po czeskiej stronie nie wolno. Ale liczyliśmy na to, że w taką pogodę i w środę po południu horska słuzba nas nie wypatrzy i rzeczywiście tak było. Były jednak takie odcinki, gdzie naprawdę nie dało się absolutnie przejechać i noszenia przez to też trochę było. Jednak na szczycie Bodzio po prostu wsiadł i zjechał do schroniska, nie zważając na deszcz, ani śliskie kamienie. Ja nie miałam myśli samobójczych, życie mi się podoba, więc ryzyko zjazdu ograniczyłam do maksymalnego minimum. Co wcale nie oznaczza, że wszystko sprowadziłam, nie mogłam sobie przecież odmówić próby zjeżdżania ze Śnieżnika - w końcu pierwszy raz zdobytego wraz z rowerem !!! :)





Kategoria Śnieznicki PK



Komentarze
ankaj28
| 09:27 wtorek, 19 sierpnia 2014 | linkuj Zibi - no to jest już nas troje.
Aniu, a jakże - Bogdan skorzystał z podanego przez ciebie hasła. A jedzenie też było całkiem całkiem - na pewno lepsze niż na Śnieżniku. A urlopu będzie ciąg dalszy - teraz Pieniny. :)
z1b1
| 08:08 wtorek, 19 sierpnia 2014 | linkuj Kapitalny wyjazd z przygodami :) świetnie sie czyta Twoją relację, zapewne i sama wycieczka też była wspaniała. Navrsi to nie tylko ulubione schronisko Ani, ja też należę do tego grona wielbicieli :)
anamaj
| 06:12 poniedziałek, 18 sierpnia 2014 | linkuj Oj, piekny mieliście urlop !! Gdy byłam ostatnim razem na trawersie prace trwały na całego. Udało mi się przejechać, ale zamiast oglądać widoki musiałam patrzeć na koło, aby się nie wywrócić. W Navrsi to nie tylko gniazdka mają, ale wi-fi także.
Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa abard
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]