Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi ankaj28 z miasteczka Kudowa-Zdrój. Mam przejechane 15346.55 kilometrów w tym 5565.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 11.13 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

2013 r.:
button stats bikestats.pl
2014 r.:
button stats bikestats.pl
2015 r.:
button stats bikestats.pl
2016 r.:
baton rowerowy bikestats.pl

Dzienne odwiedziny bloga:

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy ankaj28.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w miesiącu

Maj, 2015

Dystans całkowity:450.50 km (w terenie 236.30 km; 52.45%)
Czas w ruchu:37:24
Średnia prędkość:12.05 km/h
Maksymalna prędkość:40.90 km/h
Suma podjazdów:10752 m
Liczba aktywności:14
Średnio na aktywność:32.18 km i 2h 40m
Więcej statystyk
  • DST 11.00km
  • Teren 2.00km
  • Czas 00:45
  • VAVG 14.67km/h
  • VMAX 37.20km/h
  • Podjazdy 175m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze

Ustawianie siodełka

Piątek, 8 maja 2015 · dodano: 12.05.2015 | Komentarze 1

Wycieczka krótka, ale z konkretnym celem: ustawić sobie siodełko.

Naczytałam się wcześniej o damskich siodełkach, pomierzyłam kości, siodełko, skonsultowałam kwestie ustawienia z Anią i Emi (w końcu kobiety, więc bardziej wiarygodne dla mnie) i doszłam do wniosku, że teoretycznie rozmiarem siodło jest dla mnie dobre.
Więc co nie funguje?

Podstawowe wyposażenie plecaka: klucz nr 5 i w drogę. Przystanek mniej więcej co 2-3 kilometry i w końcu: dziób ciutkę w dół, poniżej poziomu, tył ciutkę do góry - podpiera 4 litery. Całość przesunęłam do przodu o dwie kreski.

I chyba wreszcie to jest to!!!!

Teraz już go nie ruszę, aż nie przejadę na nim znowu co najmniej 30 km za jednym zamachem.

A trasa?
Czermną do góry w stronę Bukowiny, potem bezszlakowa droga nad Pstrążną, gdzie zaskoczyły mnie powalone drzewa na środku drogi i zjazd zielonym szlakiem (a właściwie autostradą) do ruchomej szopki. A potem na kawę do rodzinki.








Kategoria W pojedynkę


  • DST 18.00km
  • Teren 15.00km
  • Czas 02:20
  • VAVG 7.71km/h
  • VMAX 22.10km/h
  • Podjazdy 615m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Strefa mtb Srebrna Góra

Środa, 6 maja 2015 · dodano: 19.05.2015 | Komentarze 0

Deszczowa Srebrna Góra - zachwyciła mnie swoimi możliwościami i pokazała co ma najlepszego. Mam nadzieje, że szybko tam wrócę, ale w porze suchej. Było bombowo, choć nadal nie wszystko potrafię pokonać, zjechać i podjechać. Ale będę się uczyć intensywnie.


  • DST 40.00km
  • Teren 20.00km
  • Czas 02:56
  • VAVG 13.64km/h
  • VMAX 40.70km/h
  • Podjazdy 755m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Rodzinny wypad na ognisko: Batorówek i Baszty Radkowskie

Niedziela, 3 maja 2015 · dodano: 04.05.2015 | Komentarze 2

Jak majówka, to majówka: wyciągnęliśmy Wiktora na ognicho. A że rowerem? No cóż, jak się ma lekko porytych rodziców, to i kiełbasy z grila w ogródku dziecko nie zje, jak przystało na statystycznego Polaka w długi weekend.

Czyli kierunek: Batorówek. Nie chcąc zniechęcać Wiktora na długi asfaltowym podjeździe do Karłowa, zarządzam kilka przystanków po drodze, które pomagają mu o tyle, że ciśnie lepiej ode mnie. Mnie bolą nogi i cztery litery po ciężkiej wyprawie z dnia poprzedniego i właściwie to jemu idzie zdecydowanie lepiej podjazd, niż mi. A już myślałam, że chociaż w tej trójce nie będę ostatnia. Patrząc potem na jego licznik, to zdecydowanie lepiej Wiktor wypadł ode mnie. On miał prędkość maksymalną 42,7 km/h a średnia prędkość mu wyszła 14,30/h. To nie był zresztą jedyny raz, gdy Wiciu mnie zadziwił.

Przystanek na IMCE - krówki i cola dodały sił na dalszy dojazd.

Musiałam się mocno wysilić na podjeździe, żeby im zrobić zdjęcie z przodu.

Dystans do Batorówka wcale go nie przeraził. Woow.

Sekstans zaliczony, można dalej.

Po minach widać, jak było gorąco. :) Wiało tam okrutnie, ale na szczęście ognicho się już paliło - nawet patyki były. Więc nasiadóweczka przy ...... coli i czymś tam jeszcze dla starszych.

Rowerki grzecznie czekały....

A panu przy ognisku najbardziej podobał się .... biały. Hmmm.
Ja też tam byłam.....

Czas wyruszyć dalej. Moje członki odmówiły już całkowicie współpracy i na myśl o kamieniach na powrocie prawie zaczęłam płakać, dlatego Baszty Radkowskie i powrót asfaltem do Karłowa wydałymi się cudownym lekiem na wszelkie zło. I tu mnie moje dziecko ponownie zadziwiło. Podpuściłam go dla hecy, żeby zjechał po kamieniu, na którym zaliczyłam w  zeszłym roku spektakularną glebę. A ten niewiele myśląc .... wsiadł na rower i zjechał !!!!!!!!!!!! A ponieważ matka nie spodziewała się takiego obrotu sprawy, więc nie przygotowała się z aparatem, by to uwiecznić. Ok. Nadrobimy na powrocie.

Baszty i jak zwykle piękne widoki:



Tata rozciąga świetlaną przyszłość rowerową przed synem :):):)..... A ten odrzuca połączenia od kolegów, którzy na niego czekają. hihi.

Wracamy i tym razem aparat przejmuje Bogdan, żeby nic nie umknęło.

Głupio by było w tej sytuacji nie zjechać, co?

W końcu Karłów

A na końcu zatargaliśmy jeszcze biedne dziecko na niebieski szlak z IMKI na Lelkową - targał pod górę, że hej. Zatrzymał się dopiero przy kamolach, które Bogdan oczywiści przejechał - już teraz bez najmniejszego trudu. Wiktor tym podjazdem i zapasem sił, jakie jeszcze miał też mnie zadziwił. A wisienką na torcie był zjazd zielonym szlakiem przez Miechy do Kudowy. Alternatywa dla zjazdu asfaltem rewelacyjna i bezpieczniejsza (wbrew pozorom), bo tu spotkanie z niedzielnymi turystami w autach na pewno nam nie groziło. Lycanek wreszcie też ruszył się trochę w teren i mogłam mu dopisać konkretne kilometry do przebiegu. Cała majówka wypadła elegancko.

https://connect.garmin.com/activity/764140297#


  • DST 51.00km
  • Teren 43.00km
  • Czas 04:38
  • VAVG 11.01km/h
  • VMAX 40.90km/h
  • Podjazdy 1523m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Kolejny atak na Broumovskie Steny, czyli rodzina canyonów w akcji

Sobota, 2 maja 2015 · dodano: 12.05.2015 | Komentarze 4

Oj, się działo.
W tym wypadzie warto przeanalizować wykres, bo na dość małym obszarze wyszło kilka naprawdę ciekawych pętelek. A i tak znowu nie zajrzeliśmy wszędzie, gdzie planował Bogdan. Wąwóz nadal dla mnie pozostaje do odkrycia.
https://connect.garmin.com/activity/764140297

Spotykamy się z Anią  i Zibim w Karłowie i najpierw dla rozgrzewki przejeżdżamy niebieskim szlakiem pod Szczelińcem. Po wczorajszych opadach deszczu łąki pasterskie jeszcze nie są atrakcyjnym odcinkiem, więc skręcamy w stronę parkingu przy żółtym szlaku. A tam Bogdan ma dla nas pierwszą malutką niespodziankę: zjazd żółtym pieszym szlakiem do Pasterki. Tyle, że ta niespodzianka okazała się na ten moment zjeżdżalna tylko dla niego (czemu zwątpiłam? !!! Nie mam pojęcia).

Z góry uprzedzam, że zdjęcia Ani są tak ładne i ciekawe, że nie mogłam się powstrzymać, żeby jej kilka nie podkraść. Zbychowi również. O Bogdanie nie wspominając.

Na przyszłość jednak, jak nie będę musiała, to raczej ten odcinek będę omijać - naprawdę jest pieszy.

Pierwsza pętelka to objechanie schroniska w Pasterce przez łąki i dojazd do punktu granicznego i rozjazdu przez żółty szlak leśny. Tu w kilku miejscach konieczne okazało się zejście z rowerów i ominięcie powalonych w poprzek drogi drzew.

Kolejna  pętelka to oczywiście Bożanowski Szpicak, gdzie jedni spożywali ....

a inni spożywali ....


Z niego pojechaliśmy na żółty zjazd (hmmm, jakoś dziwnie częsty kolor tej wycieczki). Tyle, że plan zakładał zjazd do samego końca. Ufff, było mocno. Trzeba było tylko zaczekać, aż piesi turyści ustąpią pola rowerzystom dwóm.

Piękne ujęcie Zbycha "w locie" ci tutaj Aniu wyszło.

Pierwszy raz jechałam tym szlakiem na sam dół, czyli jak zwykle nie wiedziałam gdzie jesteśmy.
W dalszej części sprawdzałam, czy mały może więcej....


i okazuje się, że jeśli ściągnę plecak, to spokojnie pod tym drzewem przejadę.

Ania też się zmieściła.

A chłopaki nie hihihi :)

Dotarliśmy do krzyżujących się szlaków i tym razem postanowiłam NIE MYŚLEĆ. Opłacało się, bo gdy reszta analizowała optymalną trasę, ja po prostu ruszyłam - raz już spękałam, starczy.

zaraz potem Ania, Zbychu i Bogdan. I w tym miejscu muszę przyznać, że serce wielkie, cierpliwość i samozaparcie Ania ma wielkie, bo wiedząc jaką masakrę zjazdową Bogdan chce nam zafundować i po kosmicznej przygodzie i dystansie z dnia poprzedniego, z uśmiechem na twarzy znosiła przeciwności losu i  w ogóle zdecydowała się na ten wyjazd.
I nie zabiła nas za te zjazdy.

Po zjeździe okazało się, że jesteśmy w Bożanowie, gdzie spotykamy Mariusza i Wojtka. Dali się chłopaki namówić na kawałek wspólnej trasy. Fajnie.  Za Machowskim Krzyżem rozdzielamy się po to, by potem znów spotkać się w Americe i poznać następnych znajomych.

Koruna

Drugi raz docieramy "cudownym" podjazdem (na szczęście krótkim) na Machovski Krzyż

Tym razem ciśniemy już prosto do telewizorów......

Panowie pozwolili mi zjechać pierwszej ..... i wreszcie robię fotkę, jaką od dłuższego czasu mam w głowie:


Dalszy odcinek również jest nie byle jaki, choć często go pomijamy w swoich opisach. Zbychu - zgodnie z radami bardziej doświadczonego kolegi - ciśnie więc prawą stroną na dół, rozganiając po drodze pieszych turystów. Stromizna, kamienie, liście zakrywające drogę - to są dość spore utrudnienia, ale tym ciekawszy jest ten odcinek.

Po szalonych zjazdach chwila przyjemności dla Ani - dojazd do Ameriki. Pocisnęła i tyle ją widziałam. Dotarłam tam, jak zwykle ostatnia, ale przynajmniej już miejsce było zarezerwowane.

Podjazd od Ameriki pokonał mnie, a nie ja jego, więc oczywiście wszyscy musieli zaczekać, aż się tam jakoś wtoczę. No trudno, nie od razu Kraków zbudowali. :)


Dobrze, że potem jest dojazd do uskoku i sam uskok, bo inaczej nikt by mnie nie zmusił tyle razy się tam pchać.

Znowu przyszło mi podziwiać anielską cierpliwość Ani, bo przecież nie każdy musi lubić takie hardkory, prawda?

A chłopaki? No cóż, oni są klasą samą w sobie.




Mi też się udało nie spękać i uskok po raz kolejny zaliczam. Po raz kolejny lewą stroną - na prawą jakoś się jeszcze nie mogę zdecydować.

I wspólna fotka naszych maszyn:
na uskoku....

...i na Hveździe

Po dotarciu na Hvezdę robimy podejście do zjazdu najtrudniejszym kawałkiem.

Tym razem dojechałam do schodów. Wrażenie inne - mniej strachliwe, ale nadal na tyle blokujące, że nie daję rady go zjechać. Odważył się tyko Bogdan - dwa razy. Pierwszego razu nie zdążyłam zobaczyć, natomiast drugi podniósł mi znowu ciśnienie i włosy na głowie. Gdyby mnie tak zarzuciło, jak jego, to już przy pierwszym zarzuceniu koła bym leżała i kwiczała, a drugiego pewnie bym nie przeżyła w całości. A on? .... No, nie powiem, że to była kaszka z mleczkiem, ale że zapanował nad rowerem, to już było mistrzostwo.



A potem jeszcze trochę świetnego zjazdu i asfaltowy podjazd do Pańskiego Krzyża i trzeci raz do Machowskiego Krzyża. Po grupowej konsultacji okazuje się, że już nikt nie ma ochoty robić go po raz drugi, więc wąwóz zostawiamy na inny raz. Na powrocie do Karłowa ustalamy, ile komu przewyższeń wyszło i okazuje się, że osiągnęłam magiczne 1500 m w pionie - pozostałym wychodzi więcej. To jest chyba na razie moja granica - choć niedawno tak mówiłam o 1000 m. Ale tym razem w postawieniu tej granicy wybitnie "pomogło" mi siodełko. Oj, dało mi popalić równo - do tego stopnia, że zaczęłam się zastanawiać nad jego zmianą. Ale nie ma co narzekać, bo wycieczka była naprawdę wyjątkowa i bardzo się cieszę, że mogłam na niej być.