Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi ankaj28 z miasteczka Kudowa-Zdrój. Mam przejechane 15346.55 kilometrów w tym 5565.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 11.13 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

2013 r.:
button stats bikestats.pl
2014 r.:
button stats bikestats.pl
2015 r.:
button stats bikestats.pl
2016 r.:
baton rowerowy bikestats.pl

Dzienne odwiedziny bloga:

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy ankaj28.bikestats.pl
  • DST 34.00km
  • Teren 34.00km
  • Czas 04:24
  • VAVG 7.73km/h
  • Temperatura 42.1°C
  • Podjazdy 1370m
  • Sprzęt Canyon
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Śnieżnik on-sight

Niedziela, 5 lipca 2015 · dodano: 13.07.2015 | Komentarze 1

Tomek dał nam pretekst do odwiedzenia po raz pierwszy w tym roku Śnieżnika. Uparł się, żeby wystartować w uphillu, więc....? Pogodę zapowiadali masakryczną, czyli jakieś 100 stopni w cieniu, ale kogo by to zraziło? Nie nas. No i nie Artura.

Jako kibice musieliśmy na Halę pod Śnieżnikiem dotrzeć przed zawodnikami, a najkrótsza droga z Międzygórza prowadziła szutrowym podjazdem pożarowym. No trudno. Daliśmy radę. 6 kilosów i już byliśmy na mecie - przed zawodnikami.


I w końcu nadejszła wiekopomna chwila, oczekiwana i oklaskiwana przez stado kibiców. Nadciągnął Tomasz, jak huragan....

A niedługo po nim nieoczekiwany uczestnik uphillu ....... Greger.

Chłopaki wypoczęte, w końcu nie trzasnęli przecież ani 12 ani 50 kilometrów, więc co?
Więc wjeżdżamy na szczyt, w końcu jest na wyciągnięcie ręki.

No dobra wpych mile widziany.

A na szczycie?

Tańce godowe.....


Wiśnióweczka.....

Musztra.......

uzbrojenie i plany morderstwa kilku uczestników, którzy za szybko wepchnęli się na szczyt.

W końcu prowadzimy niewiniątka na rzeź.
Lajtowy przejazd zielonym granicznikiem znaliśmy tylko z opowieści z Narni, czyli od Zibiego i Ani, więc poczuliśmy ducha zawodów enduro i on-sight pomknęliśmy OS-em. Hahaha.

Tyle, że przewodnicy też nie wiedzieli na co piszą siebie i ekipę, więc na początek mała zachętka, za którą "Karol" ....

ucałował ziemię ... tę ziemię !!!

Bogdan się zawstydził swoim słabym przygotowaniem techniczno-sprzętowo-ochronnym, więc postanowił nie robić siary i oddalił się od grupy tempem strusia pędziwiatra.
Zresztą chłopaki  też postanowili puścić wodze fantazji i dla lepszego efektu pościągali swoje ochraniacze - w końcu jak szaleć, to na całego.
A mnie ciągnęło raz w jedną, raz w drugą stronę, czyli raz goniłam Bogdana, a raz sprawdzałam, czy za mną wszyscy są cali.



Szczególnego ducha w temacie enduro poczuł Greger na super przygotowanym do takiej jazdy rowerze. Szacun głęboki. :)



Tomek ducha zawodów utrzymał do samego końca - w sumie to miał zdążyć na rozdanie nagród w Międzygórzu, więc nie było potrzeby ściągać numeru startowego. Jak walczyć, to do końca. :)



W końcu na Przełęczy Płoszczyna wszystkim buzie się ucieszyły na widok zabawek i cudownie pachnącego obiadu. Przeeepyyyszne  było mięsiwo, a najlepsze to to najbardziej tłuste. Pychotka. Drzemka była wskazana.



W drodze powrotnej do Hali inicjatywę przewodniczą przejął Greger, który stwierdził tylko, że to długo. Oczywiście długo w jego wydaniu oznaczało baaaardzoooo długo. Ale Artur dzielnie dotrzymywał damie towarzystwa, gdy trzej muszkieterowie pomknęli na swych rumakach w siną dal, szukać wodopoju. Chyba, że to była wersja dla mnie :)



Na rozdrożu pod Halą nastąpiło jednakże rozstanie ze świętą trójcą, która odczuła zdecydowany brak ducha enduro i pomknęła szutrem w poszukiwaniu wspomagaczy tego ducha.

A my?
A nam szkoda było zdobytej wysokości na jazdę w dół szutrem i czerwony pieszy przywołał nas do siebie w sposób zdecydowany.
Pamiętałam go z pieszych wycieczek i to pod górę, więc przejazd nim był naprawdę na żywca. Zwłaszcza początek był mocny i zaskakujący. Korzenne uskoki (które można objechać górą - i następnym razem tak zrobię), kamieniście, wąsko, ze stromym zboczem z lewej strony. Dłuuugi zjazd. Myślę, że około 10 kilometrów tej radości było.

A już ostatni odcinek to po prostu istna perełka.
Musiałam mocno pokonywać swoje lęki przed nachyleniami, szukać ścieżki między drzewami, wyciągać ręce daleko od kierownicy i poczuć dupsko na oponie.
WOOOW.








Nogi po zjeździe mi się trzęsły - czyli było git. Adrenalina przepłynęła przeze mnie rzeką.


 



Komentarze
Greger
| 10:34 środa, 15 lipca 2015 | linkuj Czyli po rozstaniu mieliście jeszcze sporo endurowych przygód - każdy był więc bardzo zadowolony. Nakryliście ten odcinek, na który narzekali uczestnicy, któregoś z maratonów MTB? Pozdrawiam i do następnego, oby jak najszybszego spotkania!
Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz dwa pierwsze znaki ze słowa mmyta
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]